Wstęp redakcyjny. W artykule ogłoszonym w styczniu 1880 roku na łamach „Psychische Studien” dr Goeze zestawia trzy relacje o wizjach: rozmowy Roberta Bluma ze zmarłą żoną, spotkanie ze zjawą w paryskim hotelu oraz doświadczenie pacjentki, która ujrzała daty zapowiadające poprawę zdrowia. Autor interpretuje te opowieści w duchu spirytyzmu. Poniżej zamieszczamy pełny przekład; śródtytuły dodano redakcyjnie.
Robert Blum i jego zmarła żona
Czytelników tego czasopisma zainteresują zapiski dotyczące wizji, pozostawione przez politycznego męczennika Roberta Bluma i opublikowane w dziele jego syna: „Robert Blum, ein Zeit- und Charakterbild für das Volk von Hans Blum” — „Robert Blum. Obraz epoki i charakteru dla ludu, autorstwa Hansa Bluma”. Zrozumiałe jest, że we wprowadzających słowach ten ostatni — najwyraźniej nienależący do „spirytystów ani do innych ludzi, którzy niezwykłe, chorobliwe czynności duszy chętnie czynią przedmiotem swoich rozważań” — zalicza wizje ojca jedynie do owych chorobliwych czynności duszy.
Równie naturalne jest jednak, że ten, kto choćby przelotnie zajrzał do królestwa spirytyzmu, odnajdzie w poniższej relacji nowy dowód na to, iż ze świata duchów zmarłych może nadejść objawienie, gdy duchowa wrażliwość człowieka, wciąż jeszcze przyobleczonego w ziemskie życie, ulegnie szczególnemu spotęgowaniu, i że na pewien czas może zostać nawiązana łączność pomiędzy oboma rozdzielonymi światami.
Robert Blum, do głębi wstrząśnięty nagłą śmiercią ukochanej Adelheid, z którą przeżył zaledwie nieco ponad trzy miesiące najwyższego szczęścia, znajdował się w pierwszych tygodniach po śmierci żony, zmarłej 30 sierpnia 1838 roku, w stanie najgwałtowniejszego wzburzenia duszy. Dnia 24 września i 1 października ukazała mu się zmarła i prowadziła z nim dłuższe rozmowy, których zasadniczą treść spisał w nocy z 11 na 12 listopada 1838 roku, a więc dopiero sześć do siedmiu tygodni po tych widzeniach. Tylko skrajny sceptyk dopatrzy się w tym, że zapiski powstały dopiero kilka tygodni później, okoliczności pozwalającej wnioskować o ich niewiarygodności. Przeciwnie, można powiedzieć, że jeżeli człowiek o takiej indywidualności jak Robert Blum po siedmiu tygodniach czuje potrzebę szczegółowego spisania tej wizji, dowodzi to, jak żywo i głęboko musiała się ona utrwalić w jego umyśle i jakie znaczenie najwyraźniej jej przypisywał. Gdyby bez namysłu umieścił to zjawisko w jednej kategorii z żywymi snami i igraszkami chorobliwie pobudzonej wyobraźni, ten trzeźwy, zwrócony ku sprawom rzeczywistym człowiek zapewne nie zadawałby sobie później trudu sporządzenia tak szczegółowego zapisu.
Opis wizji brzmi następująco:
On: „Adelheid, nareszcie znów cię widzę!”
Ona: „Nareszcie? Czy wydaje ci się, że minęło tak wiele czasu? Wiesz przecież, mówiłam ci o tym, że możemy widywać się tylko rzadko i coraz rzadziej. Musisz o mnie zapomnieć”.
On: „Nie mogę. Dlaczego nie przychodzisz częściej? Czy przychodząc, musisz wyrzekać się jakiegoś szczęścia, błogości?”
Ona: „Drogi Robercie, pojęcia szczęścia i nieszczęścia są nierozerwalnie związane z naszym istnieniem i jego postacią. Nie mam miary dla twoich uczuć, a ty nie masz jej dla moich”.
On: „Czy potrafisz wyobrazić sobie możliwość zamiany twego obecnego stanu na wcześniejszy?”
Ona: „Chętnie żyłabym jeszcze z tobą i byłabym szczęśliwa”.
On: „A zatem istnieje dalsze trwanie? Dalsze trwanie ze świadomością?”
Ona: „Robercie, twoja wiedza nie sięga poza granice twego obecnego istnienia. Nie dociekaj rzeczy, które leżą po drugiej stronie”.
On: „Dla mojego spokoju daj mi jednoznaczną odpowiedź! Przecież moje wątpliwości mogą być występkiem”.
Ona: „Twoje zwątpienie, którego przyczyna tkwi w niedoskonałości twojej natury, nie zakłóca wiecznego biegu istnień. Sceptycyzm jest owocem ludzkiej słabości i próżności; zaprzecza rzeczom, których nie pojmuje, choć nie potrafi wyzbyć się ich przeczucia. Porzuć te pytania, a jeśli cieszy cię mój widok, nie trać na dociekania tej krótkiej chwili, która została nam dana”.
„Tutaj jest luka, obejmująca dość znaczny czas, z którego nie pamiętam nic poza tym, że obcowaliśmy ze sobą poufale i serdecznie, lecz bez najmniejszego śladu wesołości”.
On: „Czy zobaczę cię znowu? I kiedy?”
Ona: „Zobaczysz mnie znowu”.
On: „Ale kiedy? Kiedy?”
Ona: „Nie mogę ci tego powiedzieć. Robercie, zupełnie mnie od siebie odepchniesz. Chcesz wiedzieć tam, gdzie możesz jedynie przeczuwać. Próba zdobycia wiedzy niszczy przeczucie na zawsze. Muszę już odejść… Robercie, nie płacz! Wiesz przecież, że muszę się oddalić! Odwróć się od okresu życia, który już całkowicie dobiegł końca, i zwróć ku życiu, które wciąż jeszcze wiele od ciebie wymaga”.
„Tutaj prawdopodobnie jest niewielka luka; w każdym razie zarówno chwila, jak i sposób jej oddalenia się są zupełnie zatarte. Na moim zegarze wybiła pierwsza, kiedy zorientowałem się, że siedzę w łóżku z oczami mokrymi od łez. Ze snu pozostał mi blask światła; kiedy podążyłem za nim wzrokiem, okazał się pojedynczą gwiazdą widoczną przed oknem, z czego wynika, że miałem otwarte oczy”.
„Spisano w nocy z 11 na 12 listopada 1838 roku”.
„Pierwsze zjawienie: 24 września; drugie: 1 października”.
Zjawa w paryskim hotelu
Do tej relacji dołącza się inna wizja, opisana w dobrze redagowanym piśmie rozrywkowym „Das neue Blatt”, nr 8 z 1879 roku, którego redaktorem jest dr Franz Hirsch w Lipsku. Zamieszczono ją jako pierwszy artykuł pod tytułem „Aus der Welt des Unerklärlichen” — „Ze świata rzeczy niewytłumaczalnych”; ukazały się już także dalsze teksty tego cyklu. Na uwagę i uznanie zasługuje fakt, że pismo poświęcone rozrywce ma odwagę, wbrew materialistycznemu prądowi epoki, przedstawiać dobrze poświadczone fakty, choćby szerokiej publiczności wydawały się one niewytłumaczalne. Szczegółowo opowiedziana tam wizja przedstawia się w skrócie następująco:
Pokojówka pewnej rosyjskiej rodziny książęcej, która z powodu przepełnienia zwykle odwiedzanego paryskiego hotelu znajduje dla siebie na pierwszą noc jedynie prowizoryczne zakwaterowanie, zostaje umieszczona w pięknym pokoju na pierwszym piętrze. Pokój ten miał się zwolnić dopiero późnym wieczorem. Zamknęła drzwi, a gdy zmęczona położyła się do łóżka, zobaczyła młodego oficera marynarki wchodzącego do pokoju. Przechadzał się niespokojnie tam i z powrotem, po czym usiadł na krześle. Nie mogła przeszkodzić mu w przyłożeniu pistoletu do serca i zastrzeleniu się na jej oczach.
Stan skamieniałego oszołomienia, w jaki pokojówka popadła po tym wstrząsającym widowisku, zostaje przerwany, gdy słyszy głosy przed drzwiami swojego pokoju, następnie odgłos wyłamywanych siłą drzwi i wołanie swojego imienia nad sobą. Budzi się, widzi przed sobą księżnę i przede wszystkim żąda usunięcia zwłok leżących w jej pokoju. Jej słowa zostają uznane za oznakę obłędu, ona jednak z dokładnością i jasnością opisuje wygląd oficera marynarki oraz cały przebieg zdarzenia.
Wezwany właściciel hotelu przyznaje wówczas, co następuje. Poprzedniej nocy młody oficer marynarki zastrzelił się w tym samym pokoju, w którym teraz spała pokojówka. Usłyszano strzał i pospieszono się, aby uniknąć wszelkiego rozgłosu, z przewiezieniem zwłok jeszcze tej samej nocy do kostnicy. Dochodzenie w kostnicy dostarczyło dowodu, że obraz samobójcy, jaki ujrzała pokojówka, odpowiadał rzeczywistości.
W tym przypadku nie może być mowy o pobudzonej wyobraźni pokojówki, a jedyne rozsądne wyjaśnienie tego niezwykłego doświadczenia polega na przyjęciu, że samobójca w swojej cielesnej postaci jeszcze dwadzieścia cztery godziny po śmierci przebywał jako rzeczywista zjawa w pomieszczeniu, w którym dokonał tego czynu.
Wizja daty wyzdrowienia
Na zakończenie jeszcze krótka relacja z mojego własnego doświadczenia. Od początku stycznia 1879 roku leczyłem jako lekarz niezamężną damę, sześćdziesięciodwuletnią pannę S., cierpiącą na silny ból lewej strony twarzy. Dolegliwość trwała od czterech lat i pomimo różnych stosowanych przeciw niej kuracji stopniowo się nasilała, aż osiągnęła takie natężenie, że chora znalazła się na skraju rozpaczy. Zwłaszcza nocą — a noce od dawna były już od północy całkowicie bezsenne — nieznośna męka wzmagała się tak bardzo, że nieszczęśliwa pacjentka wielokrotnie mówiła mi, iż nieraz nachodzi ją myśl, by uwolnić się od cierpienia przez zamknięcie klapy pieca. Zgodnie z zasadami lekarskimi perspektywa usunięcia dolegliwości była tym odleglejsza, że niemal z pewnością należało przyjąć ośrodkowe pochodzenie nerwobólu.
Rezultat mojego leczenia homeopatycznego był początkowo ujemny. A jednak okoliczność, że już pierwsze środki wywołały silną reakcję w całym ciele, choć z nasileniem bólów nerwowych, dawała mi nadzieję, iż być może stopniowo uda się usunąć dolegliwość, a przynajmniej ją złagodzić, podając minimalne dawki odpowiedniego leku. Chora również wiernie trwała przy swojej nadziei. Kiedy na początku lutego zaczęły od czasu do czasu pojawiać się nieco lżejsze chwile, powiedziała mi, że nie rozpacza, przeciwnie — ufa, iż otrzyma pomoc, jeśli nie wcześniej, to w pierwszej połowie marca.
Po dokładniejszym wypytaniu opowiedziała mi, co następuje. W czterdziestym dziewiątym roku życia przez trzy miesiące leżała w łóżku z powodu choroby żołądka i jelit, połączonej z wymiotowaniem wszystkiego, co przyjęła. Gdy dolegliwość trwała już mniej więcej miesiąc, pewnej nocy wyraźnie i jasno odczytała na ścianie nad swoim łóżkiem datę: „2 marca”. Powstało w niej przy tym stanowcze przekonanie, że 2 marca będzie dla niej dniem rozstrzygającym i przyniesie albo śmierć, albo początek powrotu do zdrowia. W nocy z 2 na 3 marca po raz pierwszy nie wymiotowała; od tej pory zatrzymywała pokarmy i stosunkowo szybko odzyskała siły.
Teraz, w styczniu tego roku, na krótko przed chwilą, gdy po raz pierwszy zwróciła się do mnie o pomoc, podobne zjawisko miało ukazać się jej nocą. W gwałtownym bólu zawołała: „Dobry Boże, wspomóż mnie!”, a wtedy nagle ujrzała na ścianie, zupełnie jasno i wyraźnie, daty 6, 7 i 8 marca. Żywiła więc nadzieję, że najpóźniej do tego czasu zostanie uwolniona od bólu.
Nie muszę zapewniać, że starałem się podtrzymywać tę nadzieję i że, starannie dobierając leki, usiłowałem zarazem korzystnie oddziaływać na jej stan także od strony psychicznej. Stopniowo napady stawały się nieco łagodniejsze, wciąż jednak następowały nowe pogorszenia i luty upłynął przy nader niepewnych widokach na poprawę. Dopiero w pierwszym tygodniu marca obraz choroby zaczął pod różnymi względami przedstawiać się korzystniej: częściej pojawiał się sen, a napady bólu stawały się łagodniejsze i rzadsze. Po 9 marca silne napady już nie wystąpiły; powrót do zdrowia był całkowity i stan ten utrzymał się aż do chwili obecnej, do końca czerwca.
Nie będę tu bliżej rozpatrywał pytania, w jaki właściwie sposób doszło w tym przypadku do wyleczenia. Gdyby ktoś chciał twierdzić, że uzyskano je tutaj w sposób uderzający dzięki oddziaływaniu psychicznemu, a podawane leki nie odegrały żadnej roli, na razie wcale nie zamierzam temu twierdzeniu się przeciwstawiać. Ewentualna próba wykazania przeze mnie, że również „materialne nicości” — jak zmarły profesor Bock zwykł nazywać subtelnie działające leki homeopatyczne — potrafią wywoływać wielkie skutki w chorym ciele ludzkim, byłaby bowiem na łamach „Psychische Studien” zupełnie nie na miejscu.
Przyznaję, że nie wolno lekceważyć psychicznego wpływu mocno ugruntowanej nadziei na wyzdrowienie. Pozostaje jednak okoliczność, że po czterech latach trwania najcięższej choroby nerwowej nagle i bezpośrednio pojawia się pewna nadzieja powrotu do zdrowia — co już samo w sobie jest z psychologicznego punktu widzenia w najwyższym stopniu godne uwagi. Jeszcze bardziej godne uwagi jest jednak to, że nadziei tej nie wywołuje żadna okoliczność działająca z zewnątrz, na przykład zmiana lekarza, zachęty i pociechy ze strony innych osób lub coś podobnego, lecz że jej źródłem jest wyraźne i żywe doznanie wzrokowego widzenia w postaci dużych, wyraźnie wypisanych liczb.
Rozważania autora o spirytyzmie
Jeżeli trzymamy się tego faktu i wiążemy go z tysiącem innych, podobnych, dobrze poświadczonych faktów, przy których — tak samo jak tutaj — trzeba odłożyć na bok zwykłe pojęcia czasu i przestrzeni, to mamy nad sceptykiem i materialistą tę przewagę, że nie jesteśmy zmuszeni zaprzeczać faktom i doświadczeniom występującym tak licznie i opartym na tak niewątpliwej obserwacji, iż poważne kwestionowanie rzeczywistości tego rodzaju zjawisk należałoby właściwie nazwać zbrodnią przeciwko ludzkiemu rozumowi i prawdzie. Mamy ponadto tę przewagę, że możemy przynajmniej stwierdzić prawidłowość pewnych szeregów zjawisk, podczas gdy sceptyk i materialista wobec takich chorobliwych stanów mózgu musi zrezygnować z wszelkiego wyjaśnienia.
Spirytysta znajduje się najwyraźniej w tym szczęśliwym położeniu, w którym byli Kolumb i jego towarzysze, kiedy z odwagą kierowali się ku zachodowi i stanęli na ziemi, której nikt nie znał, a której istnienie przeczuwały jedynie nieliczne światłe umysły. Wprawdzie nie dotarli do poszukiwanych Indii ani nawet na kontynent amerykański, a całe stulecia minęły, zanim owoce nowo odkrytego świata stały się wspólnym dobrem ludzkości.
Skrajni materialiści i uporczywi przeciwnicy uznania odkryć w dziedzinie spirytyzmu zajmują wobec nich stanowisko podobne do tego, jakie zajęliby współcześni Kolumbowi, gdyby świadectwa odkrywcy i nowo odnaleziony ląd uznali za wytwór wyobraźni rozgorączkowanych awanturników.
Nawet jeśli nie każdy ma chęć i możliwość samodzielnego przeprowadzania sprawdzeń i powtarzania wypraw odkrywczych odsłaniających obcy, nieprzeczuwany świat, to przecież, zgodnie ze słusznością, opieczętowane pętle z trzema węzłami, nowe tabliczki łupkowe pokryte pismem czy odciski stóp na poczernionym papierze, które profesor Zöllner przywiózł ze swojej wyprawy odkrywczej, nie powinny ustępować znaczeniem i wartością amerykańskim produktom, jakie odważni żeglarze mogli przedłożyć niedowiarkom jako namacalne dowody istnienia nowo odkrytego lądu.
Nie potrzeba proroczego ducha, aby przepowiedzieć, że nadejdzie czas — sądząc zaś po niektórych oznakach, w niezbyt odległej przyszłości — kiedy nie będzie można pojąć, jak uczeni mogli tak długo zamykać się na wielkie odkrycia w dziedzinie spirytyzmu, i kiedy nowo odkryty świat duchów, wraz z właściwymi mu siłami transcendentalno-fizycznymi, stanie się, przynajmniej w swoich podstawowych prawdach, wspólnym dobrem wszystkich ludzi wykształconych.
Uwagi redakcyjne
Wzmianki o lukach w przytoczonej relacji Roberta Bluma odnoszą się do jego własnej pamięci; nie oznaczają braków w dostarczonym skanie. Określenia „tego roku” oraz „do końca czerwca” w opisie pacjentki dotyczą 1879 roku, mimo że artykuł ukazał się w styczniu 1880 roku. Opis leczenia i wnioski dotyczące wizji zachowano jako świadectwo poglądów autora, bez przedstawiania ich jako współczesnych ustaleń medycznych lub naukowych.
Nota źródłowa
Dr med. Goeze w Hamburgu, „Visionen.” [„Wizje”], „Psychische Studien”, rocznik VII, zeszyt 1, styczeń 1880, s. 18–24. Podstawa przekładu: dostarczony siedmiostronicowy skan PDF. Książka Hansa Bluma oraz artykuł z „Das neue Blatt”, nr 8 z 1879 roku.