Noessler zjawiska spirytualistyczne z mojego życia

Spirytyzm

Kto ma uszy do słuchania, niechaj słucha! Zjawiska spirytualistyczne z mojego życia

C. E. Noessler, księgarz z Lipska, opisał w 1882 roku doświadczenia, które doprowadziły go do przekonania o rzeczywistości zjawisk mediumicznych: od wirujących stolików i pisma automatycznego po jasnowidzenie i seanse materializacyjne. Poniżej połączono obie części jego wspomnień, opublikowane w marcowym i kwietniowym zeszycie „Psychische Studien”, wyraźnie zaznaczając początek drugiej. Zachowano oryginalne przypisy, w których redakcja niejednokrotnie polemizuje z interpretacją autora. Śródtytuły tematyczne dodano redakcyjnie.

Część I

C. E. Noessler, księgarz w Lipsku, Moltkestrasse 71.

Pierwsze doświadczenia z wirującymi stolikami

Było to w roku 1854. Żonaty od niespełna roku, mieszkałem w małym miasteczku Szwajcarii Saksońskiej, dokąd dotarła z Ameryki wieść o tak zwanym poruszaniu stolików, ogarniająca ludzi niczym gorączka. Oczywiście także ja przeprowadzałem próby z kilkoma przyjaciółmi. Od razu otrzymywaliśmy odpowiedzi – rymowane i nierymowane – za pomocą stukania nogą stołu podczas wymawiania kolejnych liter alfabetu.

Faktem jest, że dokładnie wystukano wiek kilku nieobecnych osób. Ku naszemu zdumieniu informacje te zostały co do joty potwierdzone po zapytaniu zainteresowanych. Już wtedy właśnie ten jeden fakt zaprzątał mój umysł i skłaniał mnie do zastanawiania się nad owym nieświadomym „czymś”, nad tą rozumną siłą. Zjawisko traktowano jako figlarną zabawę, którą wkrótce znów odłożono na bok.

Tymczasem przeniosłem się do Vogtlandu, a troski zawodowe sprawiły, że również zapomniałem o poruszaniu stolików.

Psychograf i zapowiedź opóźnionego powrotu

W 1857 roku miałem do załatwienia osobiście sprawę w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych i musiałem w tym celu pojechać do Drezna, gdzie zatrzymałem się u wuja. W tym czasie pojawiło się nieświadome pisanie za pomocą psychografu – „pisarza duszy”, kolejnego stopnia po poruszaniu stolików. Tak zwane media posługiwały się nim, aby uzyskiwać odpowiedzi owej niewytłumaczalnej inteligencji na najrozmaitsze pytania.

Także mój wuj kazał sobie wykonać taki psychograf. Gdy przybyłem do jego bardzo licznej rodziny, właśnie przeprowadzano próby. Nikt jednak nie był medium, toteż psychograf nie ruszał się z miejsca. Wuj zapytał mnie o radę, lecz i ja nie potrafiłem udzielić wyjaśnienia.

Podczas naszej rozmowy o tej cudownej mocy wszedł mój kuzyn, dziewiętnastoletni, uczciwy czeladnik kowalski. Opowiedziałem mu niezwykłą historię pisania psychografem i nakłoniłem, aby na próbę położył dłonie na małym przyrządzie do pisania. Na wielkim rodzinnym stole umieszczono przygotowany już do tego celu duży biały arkusz z wypisanym alfabetem, a na nim przyrząd. Ledwie kuzyn położył na nim ręce, psychograf zaczął zataczać na papierze szerokie łuki.

Przestraszony kuzyn puścił przyrząd i trudno było go namówić, aby ponownie położył dłonie. Perswazja jednak pomogła i natychmiast otrzymaliśmy poprawne odpowiedzi na najrozmaitsze pytania. Działo się to 7 czerwca 1857 roku.

Jako wydawca i redaktor pisma urzędowego musiałem za wszelką cenę być z powrotem w domu 10 czerwca, nie poczyniłem bowiem żadnych przygotowań do wydania nowego numeru. Za pośrednictwem psychografu oznajmiono mi, że wrócę dopiero 17 czerwca. Oczywiście uznałem tę wypowiedź za kłamstwo, a jednak wbrew mojej woli zatrzymano mnie w drodze, tak że bez żadnego działania z mojej strony dotarłem do domu właśnie 17 czerwca.

Zamierzałem bowiem po drodze odwiedzić na jeden dzień matkę, mieszkającą w miasteczku koło Oschatz. Tam zachorowałem i tak doszło do niechcianego przedłużenia pobytu aż do 17 czerwca.

Cóż to było?! Znowu fakt? Znowu prorocza wypowiedź rozumnej siły? Ponieważ w swoim otoczeniu nie mogłem odkryć żadnej siły mediumicznej, dalsze badanie tego niezgłębionego „czegoś” ustało i ponownie o nim zapomniano.

Gustav i tajemniczy Demonardus

W styczniu 1867 roku zupełnie przypadkowo odkryłem niezwykłe zdolności mediumiczne u mojego jedenastoletniego syna Gustava, obecnie kupca w Dreźnie. Miałem wówczas pięcioro dzieci, które pewnego wieczoru zasiadły z nami przy rodzinnym stole. Nagle przyszło mi do głowy sprawdzić ich siłę mediumiczną.

Pośrednikiem miało być puste pudełko po cygarach. Dzieci utworzyły z rąk łańcuch, ale bez rezultatu – dopóki jedenastoletni Gustav nie położył na pudełku dłoni sam. Wtedy zaczęło ono wykonywać szybkie ruchy koliste.

Natychmiast zamówiłem u stolarza psychograf. Następnego dnia, gdy chłopiec był w szkole, poczyniłem wszystkie przygotowania do dalszej próby. Alfabet leżał gotowy na stole, a na nim mały przyrząd. Dla pewności wypisałem litery zupełnie bezładnie, w poprzek i na krzyż, nie pokazując ich jednak chłopcu.

Założyłem mu swoją wielką zimową czapkę i naciągnąłem ją do połowy głowy, tak że uszy, oczy i nos nie były już widoczne. Tak doprowadziłem chłopca do stołu, położyłem jego ręce na psychografie i nakazałem mu nie zdejmować ich z przyrządu, dopóki sam tego nie zażądam.

Moje pierwsze pytanie brzmiało:

– Czy jest tu obecna jakaś siła posiadająca wolę?

Przyrząd natychmiast wskazał słowo „Tak!”.

– Jak nazywa się ta siła?

Wtedy poprawnie, szybko i pewnie przeliterowano zdanie:

„Nazywam się Demonardus, jestem synem ducha gór Rübezahla i mieszkam w Karkonoszach”.

Przyznaję, że niemal wstydziłem się pytać dalej. Odpowiedź ta, choć niezwykła, wydawała mi się niewiarygodnie baśniowa. Pocieszało mnie jednak to, że mój Gustav absolutnie nie mógł widzieć, co dyktowała tajemnicza siła.

– Przecież podania o duchu gór Rübezahlu to tylko bajki dla dzieci?

– Wcale nie! Wiele opowieści to zmyślenia, lecz niejedno jest prawdą, a mój ojciec jest i zawsze będzie panem gór.

Szalone, zupełnie szalone wydawało mi się to objawienie. A jednak – skąd pochodziło, przekazane bez woli i wiedzy chłopca przez jakąś inteligencję? Czym było? Jakie miało znaczenie?

Następnie udzielono całego szeregu odpowiedzi, opowiadając mi, jak ów duch został przyjęty przez Rübezahla za syna, dlaczego do nas przyszedł i od jak dawna już tu przebywa. Odpowiedzi były zdumiewające, lecz zawsze sprawiały na mnie wrażenie niedorzecznych. Skoro jednak muszę stwierdzić, że nigdy nie mogło być mowy o oszustwie, całość pozostawała zagadką psychologiczną.

Pismo automatyczne i sen o siedzibie ducha gór

Osiem dni później chłopiec wrócił ze szkoły i wręczył mi kartkę, na której – jak zapewniał ze zdumieniem – jego ręka zupełnie mechanicznie napisała:

„Jestem dobrym duchem, możesz ze mną rozmawiać”.

– Odtąd – powiedział chłopiec – będę zapisywał ołówkiem wszystkie odpowiedzi na pytania.

Natychmiast się to potwierdziło. Można było z pewnością przyjąć, że wszystkie odpowiedzi pochodziły od niewidzialnej inteligencji, nie pozostawały bowiem w żadnej proporcji do zdolności chłopca. Poruszano dziedziny, o których nie mógł mieć żadnej wiedzy, a mimo to odpowiedzi były poprawne i trafne.

To niezwykłe zjawisko rozwijało się dalej. Kilka tygodni później nieznana siła napisała:

„Pomyśl życzenie: co Gustav ma zobaczyć we śnie?”.

Zdumiony zapytałem, co to znaczy. Otrzymałem odpowiedź, że jeśli Gustav będzie spał głęboko i bez zakłóceń, zobaczy we śnie dokładnie to, czego ja potajemnie zapragnę. Moim pierwszym życzeniem było, aby Demonardus pokazał mu siebie i swoje mieszkanie. Na pytanie, czy zna moje życzenie, napisał za pośrednictwem swojego medium:

„Jeżeli Gustav będzie tej nocy głęboko spał, jutro rano opowie ci o spełnieniu twojego życzenia”.

Nazajutrz rano chłopiec opowiedział następujący sen:

„Śniło mi się, że nagle przy moim łóżku stanął ładny chłopiec w moim wieku i polecił mi pójść za sobą. Szybko wstałem i ruszyliśmy z prędkością strzały, na poły biegnąc, na poły unosząc się w powietrzu. Wkrótce dotarliśmy do straszliwie wysokich gór, wysokich skał i przerażających przepaści. Kiedy stałem na wysokiej skale i nie mogłem ruszyć ani naprzód, ani wstecz, chłopiec zniknął.

Wtedy nad przepaścią otworzyła się skała, a wąski biały most wysunął się przez przepaść aż pod moje stopy. Po drugiej stronie stał chłopiec i dawał mi znaki, żebym przeszedł. Przeszedłem; most się cofnął, a skała zamknęła za nami. Powitał mnie stary siwobrody mężczyzna i powiedział: «Chodź, mój synu, pokażę ci swoje mieszkanie».

Groty były jasno oświetlone. Ich ściany zdobiły połyskujące, mieniące się wszystkimi barwami kamienie, a wnętrza – złote i srebrne meble. Byłem jak oślepiony. Gdy już wszystko podziwiałem, chłopiec znów wziął mnie za rękę i w jednej chwili stanąłem z nim przed swoim łóżkiem. Wtedy się obudziłem!”.

Czyż nie jest to bajka, nad którą trudno wyobrazić sobie coś jeszcze bardziej niezwykłego? Jaka tajemnicza siła wywołała taki sen? Musiałem wraz z Goethem zawołać: „Tak mi się od tego wszystkiego w głowie zamąciło, jakby obracało się w niej koło młyńskie!”.

W przypadku tego snu nie mogłem jednak ustalić żadnej pewnej prawdy, nie mogłem bowiem sprawdzić owego tworu wyobraźni, który oczywiście był tylko obrazem fantazji.1

Drezno widziane we śnie i rozpoznawanie przedmiotów

Dlatego zażyczyłem sobie drugiego snu. Ponieważ syn nigdy jeszcze nie był w Dreźnie, chciałem, aby zobaczył stary most, Georgenplatz, Taras Brühla, kościół katolicki i tak dalej. Ku mojemu największemu zdumieniu Gustav zobaczył to wszystko dokładnie takim, jakie jest w rzeczywistości – nie pierwszej jednak, lecz drugiej nocy. Podczas pierwszej na podwórzu straszliwie szczekały psy, co miało mu przeszkodzić.

Tutaj nie mogło już więc być mowy o fantazji. Ale znów: co to było? Jaka cudowna siła się tu objawiała? Nikt nie potrafił rozwiązać tej zagadki psychologicznej.2

Siła rozwijała się dalej: Gustav potrafił widzieć, postrzegać z całkowicie zawiązanymi oczami. Każdą podaną mu książkę mógł czytać w dowolnym wskazanym miejscu, mając zupełnie zasłonięte oczy. Rozróżniał kolory, złoto od przedmiotów pozłacanych i tak dalej.

Z tego okresu przytoczę dwa epizody. Mój przyjaciel, restaurator Oberländer w Werdau, poprosił mnie kiedyś o przyprowadzenie tego cudownego chłopca. Gdy to nastąpiło, zaprowadził nas do swojego prywatnego pokoju, przywołał żonę, sam zawiązał chłopcu oczy, posadził go przy okrągłym stole, a następnie zdjął z palca pierścień, położył go na stole i zapytał, co tam umieścił.

Chłopiec odpowiedział, że to pierścień bez kamienia, bezwartościowy, wart najwyżej pięćdziesiąt fenigów. Pan O. zaczął twierdzić, że to jego obrączka ślubna, która przecież – powinniśmy mu to przyznać – nie może być bezwartościowa. Chłopiec jednak uparcie obstawał przy swoim i w końcu powiedział:

„Jeśli to twoja obrączka ślubna, złotnik cię oszukał. Ten pierścień kosztuje pięć groszy”.

Nie wiem dlaczego, ale chociaż czułem się zupełnie niewinny w całej tej sprawie, ogarnęło mnie przykre uczucie. Nie mogłem uwierzyć, że dobrze sytuowany przyjaciel miałby tak lichą obrączkę, a mimo największego wysiłku moich wówczas jeszcze dobrych oczu nie potrafiłem rozpoznać, czy pierścień jest prawdziwy, czy nie.

Po długiej dyskusji pan O. zerwał chłopcu opaskę i z zachwytem potwierdził, że powiedział on całą prawdę. Kupił bowiem ten pierścień wyłącznie w tym celu, aby zwieść nas, zwłaszcza mnie. Kamień spadł mi z serca i stwierdzono nową, cudowną prawdę.3

Badania lekarskie w Dreźnie i Lipsku

Drugi epizod rozegrał się w Dreźnie, w mieszkaniu ówczesnego lekarza okręgowego dr. Pfaffa, autora książki „Das Traumleben”. Było to w sierpniu 1867 roku. Odwiedziłem tego lekarza, pragnąc uzyskać wyjaśnienie niezwykłego zjawiska. Zawiązał chłopcu oczy, podsuwał mu różne fragmenty książek ze swojej biblioteki i oniemiał ze zdumienia, gdy chłopiec przeczytał każdy wskazany ustęp.

Muszę tu wtrącić okoliczność, która później nabierze znaczenia: z zawiązanymi oczami chłopiec zawsze trzymał głowę tak, że prawe oko znajdowało się na linii patrzenia. Nigdy jednak nie poruszał głową w taki sposób, jakby chciał podglądać przy skrzydełku nosa.

Kiedy lekarz zasłonił mu całą głowę, tajemnicza siła odmówiła posłuszeństwa – mimo że już wcześniej rzeczywiste widzenie nie było możliwe: oczy zakrywała wąska czarna opaska, a na niej jeszcze szeroka chusta sięgająca nozdrzy.

Wezwano mnie ponownie następnego dnia i od razu powitano słowami:

„Pańska sprawa to oszustwo. Chłopiec ma w prawym oku ogromną siłę widzenia, a zarazem taką zdolność akomodacji, że może skierować to oko w dół aż ku czubkowi nosa i w ten sposób dokonywać mistyfikacji. Zapewne chce pan dawać pokazy na święcie strzeleckim?”.

Oburzony tą opinią lekarską powiedziałem temu człowiekowi, co o niej myślę. Syn płakał. Odszedłem więc tak, jak przyszedłem, bogatszy jedynie o doświadczenie lekarskiej głupoty, która miała się potwierdzić już nazajutrz.

Następnego dnia pojechałem do Lipska, do znanego i sławnego okulisty, pana Cocciusa, i przedstawiłem mu chłopca z prośbą o zbadanie oczu. Lekarz natychmiast stwierdził, że prawe oko – prawdopodobnie wskutek choroby skrofulicznej – ma znacznie pogrubiałą rogówkę, a siła widzenia musi być w następstwie tego dość słaba. Czytanie różnej wielkości druku każdym okiem z osobna potwierdziło jego opinię.

W ten sposób ustalono bezwzględnie, że chore oko widziało duchowo silniej niż zdrowe, ponieważ, jak już wspomniałem, podczas manifestacji właśnie prawe oko zawsze ustawiano na linii patrzenia.

Na usprawiedliwienie zmarłego dr. Pfaffa dodam jeszcze, że w ogóle nie zadał sobie trudu zbadania oczu chłopca; inaczej oczywiście musiałby wykryć chorobę. O psychicznym stanie syna nie rozmawiałem z dr. Cocciusem, gdyż w zupełności wystarczało mi jeszcze oświadczenie dr. Pfaffa.

Ustąpienie zdolności i zapowiedź przeprowadzki

Nawiązałem następnie korespondencję z lekarzem z Budziszyna, dr. Berthelenem, który, podobnie jak profesor dr Daumer w Würzburgu, ogłaszał różne pisma o życiu duchowym. Obaj panowie odnieśli się do moich relacji z potwierdzeniem i słowami zachęty. Dali mi wreszcie zupełną pewność, że życie duszy, tak zwana nocna strona natury, u niektórych ludzi jest silnie zaznaczone, a u mojego syna rozwinęło się w sposób szczególnie niezwykły.

Miałem więc przynajmniej punkt oparcia. W ten sposób poznałem również spirytualizm, który przynosił mi coraz więcej światła. Profesor Daumer udzielił mi listownie życzliwej rady, abym oszczędzał nerwy syna i raczej zaprzestał dalszego zajmowania się tą sprawą. Także dr Berthelen stwierdził, że jeśli nie będzie się pielęgnować tych zjawisk, w ciągu dwóch lat zanikną całkowicie. Tak też się stało: zanim minęły dwa lata, nie pozostał po nich żaden ślad.4

Że ta osobliwa siła rzeczywiście bywała prorocza, może mi jeszcze dzisiaj potwierdzić dr Berthelen w Budziszynie. Już w 1867 roku zawiadomiłem go bowiem, że mam kiedyś zostać księgarzem w Lipsku, choć wówczas nie miałem najmniejszego pojęcia o zmianie miejsca zamieszkania, a tym bardziej zawodu.

Chociaż byłem całkowicie przekonany o prawdziwości opowiedzianych zdarzeń i szukałem wszelkich możliwych sposobów, aby wykryć ewentualne samooszustwo, nie byłem w stanie – czy raczej nie mogłem się zdecydować – przekazać tych niezwykłych zjawisk prasie, mimo tylu pięknych i jasnych dowodów.

Część II – początek drugiej części artykułu

Dokończenie opublikowane w kwietniu 1882 roku, od s. 152.

C. E. Noessler, księgarz w Lipsku, obecnie Elisenstrasse 25.

Stary krawiec i wigilijne nasłuchiwanie

W tym samym okresie poznałem starego mistrza krawieckiego, który z pewnością nieświadomie był wielkim medium, lecz wszyscy drwili z niego i wyśmiewali go z powodu widywania duchów. Ja tego nie czyniłem. Prośbami skłoniłem go natomiast do wtajemniczenia mnie w sekrety, którymi nie dzielił się z każdym. Obcował ze zmarłymi jak z ludźmi jeszcze żyjącymi, we dnie i w nocy.

Ponieważ jednak poczciwy mistrz lubił kieliszek wódki, wszyscy sądzili, że stale żyje w delirium tremens. Często go odwiedzałem i prosiłem o opowiadanie o swoich spostrzeżeniach. Rzecz osobliwa: przepowiadał mi wydarzenia, które za każdym razem niedługo później niezawodnie się spełniały.5 Ponieważ jednak chcę opowiadać jedynie o własnych przeżyciach, ograniczę się do tego, czego doświadczyłem razem z nim.

W Vogtlandzie istnieje zwyczaj tak zwanego „chodzenia na nasłuch”. Dla człowieka pragnącego uchodzić za wykształconego jest to najjaskrawszy nonsens, dla uczonego – najgłupsza gadanina i najnikczemniejszy zabobon. Musiałem się więc krępować, aby podczas tej wyprawy nie zobaczył mnie żaden znajomy. Postanowiłem jednak stanowczo choć raz pójść nasłuchiwać ze starym mistrzem.

Otrzymawszy od niego niezbędne pouczenia, w wigilię Bożego Narodzenia 1868 roku o godzinie 22.45 udaliśmy się na wzniesienie w mieście, skąd można było objąć wzrokiem jego część, nie było bowiem zupełnie ciemno. Ponieważ między jedenastą a dwunastą nie wolno było wypowiedzieć ani słowa, mogliśmy jedynie znakami wskazywać sobie to, co dostrzegaliśmy.

Krótko po jedenastej – jak mi się zdawało6 – w pobliskiej wsi zaczęła bić godzina jedenasta. Liczyłem jednak dalej: do czterdziestu, pięćdziesięciu uderzeń. Towarzysz zapytał gestem, czy to słyszę. Skinąłem głową na potwierdzenie.

Wkrótce potem dzwon alarmowy w mieście zabrzmiał nam w uszach głośno i wyraźnie swymi złowrogimi uderzeniami. Dano mi jednak znak, że nie ma pożaru. Następnie usłyszeliśmy straszliwie szybki turkot i jazdę ciężkich sikawek, krzyki i nawoływania o wodę, o pomoc i tak dalej. A mimo to miałem i musiałem zachować spokój.

Potem nadeszło sześć osób: trzy z aktami pod pachą, dwie bez nich oraz woźny sądowy. Oczywiście uznałem tych milcząco przechodzących ludzi za najzupełniej zwyczajnych, lecz towarzysz dał mi znak, abym zwrócił na nich uwagę.

Zapowiedź pożarów i nieszczęścia

Kiedy zegar wybił dwunastą, opuściliśmy swoje miejsce. Nie mogłem się doczekać powrotu do mieszkania, dopiero tam wolno nam było znów mówić. Mistrz powiedział:

„Panie N., to, co usłyszał pan dzisiaj, pozostanie dla pana pamiętne. Powiadam bowiem, że wszystko spełni się tak, jak się wydarzyło”.

– A co to znaczy? – zapytałem z napięciem.

„Dzwon w pobliskiej wsi, który bił nie na jedenastą, lecz na alarm pożarowy, oznacza, że w połowie stycznia wybuchnie wielki, niszczycielski pożar. Jeśli dobrze usłyszałem, być może sam zamek F. zostanie zniszczony przez ogień. Dalsze bicie na alarm na naszej wieży oznacza wielki pożar w górnej części miasta kilka dni później. Sześć osób było postaciami nadzmysłowymi i komisją sądową, która jesienią będzie tu musiała stwierdzić nieszczęśliwy wypadek. Komisja przejdzie przy tym tą samą drogą, którą widział pan o tej godzinie”.

A teraz rozwiązanie tych proroczych zapowiedzi! 25 stycznia 1869 roku piorun uderzył we wspomniany zamek i zniszczył go ogniem. 29 stycznia spłonęło w mieście sześćdziesiąt stodół. Jesienią zaś przy domku dróżnika zastrzelił się żołnierz, którego zwłoki podjęło sześciu członków komisji sądowej.

Czyż nie jest to nadzwyczaj zdumiewające? Jaka siła działa tutaj, aby z góry określać takie rzeczy?7

Są to rzeczywiste prawdy, lecz dla tych, którzy nie mają najmniejszego pojęcia o nauce spirytystycznej, całkowicie niewiarygodne. Chciałbym jednak stanowczo zaprotestować przeciw obrzucaniu tych zjawisk błotem, jak często czynią sceptycy. Mówię otwarcie i bez ogródek: kto nie zadaje sobie trudu ich badania, a mimo to drwi z tej sprawy i ją ośmiesza, jest skończonym głupcem.

Spotkanie z medium Valescą T.

Od sześciu lat mieszkam w Lipsku. Z zapałem oddałem się nauce duchowej i znalazłem wyjaśnienie wszystkich wcześniejszych zdarzeń. Teraz jednak przechodzę do najważniejszej części moich doświadczeń na polu zjawisk mediumicznych. To właśnie one skłaniają mnie do publicznego wystąpienia: wiara stała się wiedzą, a prawdy o tym, że pozostajemy w bardzo bliskim związku z niewidzialnym, rozumnym światem, nie da się już zaprzeczyć.

W Towarzystwie Filozofii Harmonijnej profesor dr Cyriax wygłasza niekiedy w głębokim śnie lub pod natchnieniem wykłady znacznie przewyższające zwykłą wiedzę, nawet wiedzę niejednego uczonego. Choć jednak ten starszy pan swym zacnym zachowaniem budzi bezwarunkowe zaufanie, badacz nie otrzymuje jeszcze pewnego punktu oparcia ani uderzającego dowodu istnienia duchowych inteligencji. Ludzie są bowiem wiecznymi niedowiarkami: chcą wierzyć tylko w to, co mogą namacalnie ująć w dłonie.

Mnie właśnie takie namacalne doświadczenie zostało dane. Sądzę, że wspiąłem się na ostatni stopień pozytywnej pewności.

Dzięki uprzejmości tutejszego pana R. Webera poznałem największe żyjące obecnie w Niemczech medium, panią Valescę T., i zostałem zaproszony na seans manifestacji fizycznych. Od razu poczyniłem jednak niezwykle ważne spostrzeżenie: harmonijne fluidum znacznie sprzyja doświadczeniom. Jeśli duchowe inteligencje mają dawać jasne komunikaty, muszą więc zostać spełnione podstawowe warunki, konieczne do tego prawa przyrody.

Przypomina mi to sytuację, w której do baterii elektrycznej zamiast kwasu solnego wlano by naftę: bateria nie działałaby. Pewien starszy pan uczestniczący w seansie nie tylko przeciwdziałał swoim wpływem duchowym, nie wiedząc jeszcze nic o spirytualizmie, lecz także fizycznie ingerował, aby wywoływać złudzenia. Manifestacje pojawiały się skąpo, a w końcu, przy panujących warunkach, całkowicie ustały. Pan T. poczuł się zmuszony przerwać seans.

Manifestacje fizyczne i bukiecik fiołków

Gdy starszy pan odszedł wraz z dwoma towarzyszami, wznowiono posiedzenie. Natychmiast wystąpiły najpotężniejsze zjawiska fizyczne: podnoszenie stołu, swobodne unoszenie się go w powietrzu, przynoszenie przedmiotów z innych zamkniętych pomieszczeń, swobodne dzwonienie małym dzwonkiem pod stołem, gra na skrzypcach położonych pod stołem oraz ich strojenie.

Moja żona przyniosła małej Abili, rozumnej dziewczynce z zaświatów, bukiecik fiołków. Mała niewidzialna istota wzięła go z jej ręki i odpowiadała stukaniem na liczne pytania. Objawiające się duchy nosiły imiona: Zwibor, Gilbert, Owassoo i Abila.

Kiedy po zakończeniu seansu szukaliśmy bukieciku, okazało się, że zniknął. Miał zostać nam oddany w sposób, jakiego nigdy byśmy się nie spodziewali. W drodze do domu wstąpiliśmy z rodziną T. do restauracji na szklaneczkę piwa. Podczas rozmowy bukiecik fiołków spadł na stół przed moją żoną. Abila dała przy tym stukaniem w stole znać, że to ona go przyniosła.

Jeśli wszędzie węszyć oszustwo, także tutaj bardzo łatwo można byłoby je podejrzewać. Jestem jednak przekonany, że zupełnie niewinne zachowanie małżeństwa T. je wyklucza.

Szara chmura i głos Abili

Ukoronowanie naszej wiedzy nastąpiło jednak nazajutrz, podczas seansu materializacyjnego odbywającego się o ósmej wieczorem w mieszkaniu pana W. Do małego, naprędce urządzonego i całkiem pustego gabinetu wniesiono niski fotel, na którym zasiadło medium. Wcześniej zbadałem gabinet i obejrzałem zasłonę znajdującą się przed nim.

Pokój oświetlono jedynie słabo. Usiedliśmy na krzesłach pół metra od zasłony. Ledwie zajęliśmy miejsca, w gabinecie dało się słyszeć osobliwe trzaskanie. Z jednej strony podniesiono zasłonę i naszym oczom ukazał się cudowny, wzniosły widok.

Gabinet wypełniała szara chmura, w której połyskiwały niezliczone płomyki. Medium było całkowicie nią otulone. Zasłona znów się zamknęła, a zaraz potem z gabinetu dobiegł cichy szept dziecięcego głosu. Głos zbliżył się do zasłony i mała Abila przedstawiła się słowami:

„Jestem!”.

Wszyscy obecni powitali miłą istotkę i rozpoczęła się żywa rozmowa. Dla każdego miała serdeczne słowo. Tego wieczoru okazała się jednak nieco niedyskretna: wyjawiła obecnemu doktorowi sekret, który z pewnością wolałby usłyszeć sam na sam. Pan ten był niezwykle zdumiony, skąd mały duch zna coś, czego nigdy nie wypowiedział i o czym – jak zapewniał – mógł wiedzieć tylko on sam.8

Postacie wychodzące zza zasłony

Po dłuższej rozmowie powiedziała:

„Muszę już odejść, przychodzi moje starsze rodzeństwo”.

Po minucie zasłona się otworzyła i wysoki, silny duch mężczyzny w białej szacie wyszedł kilka kroków, tuż ku mnie. Poprosiłem go, aby podał mi rękę. Mocno uścisnął moją dłoń, a ja poczułem zupełnie ciepłą, w pełni uformowaną, dużą męską rękę. Nie mówił, lecz stukaniem oznajmił, że jest duchem Gilbertem.

Potem wróciła mała Abila i obiecała pobawić się z nami w „a kuku”, gdyż jej misją nie było pokazywanie się osobiście.9 Odpowiadała na wiele przenikliwych pytań i ganiła świat – świat zupełnie pozbawiony miłości i niedoskonały, w którym miłość, sprawiedliwość i prawda nie pozostają w żadnej proporcji do miłości, wielkiej sprawiedliwości i prawdy nieba.

Podałem jej przez zasłonę rurkę z rtęcią, przy czym nie było widać najmniejszego śladu otworu w tkaninie. Oświetliła się i zapytała, czy ją widzimy. Następnie rozsunęła zasłonę pośrodku i zamknęła ją znów ze słowami „a kuku!”, tak że można było zobaczyć w całości jej małą postać w białej szacie.

Znów musiała odejść, aby ustąpić miejsca kobiecie, która niemal całkiem wyszła z gabinetu i wskazywała lampę na stole, nadal świecącą dla niej zbyt jasno. Zza zasłony, z trudem poruszając językiem, mówiła, że tego dnia jest bardzo ciężko z powodu burzy i wilgotnego powietrza.

Następnie inna kobieca zjawa, całkowicie odsłaniając kotarę, pokazała nam medium. Siedziało na krześle pogrążone we śnie, ze złożonymi rękami, a twarz i pierś pokrywały świecące pasma fosforu.

Potem ukazały się jednocześnie dwa duchy kobiece w obszernych sukniach z trenami. Poprosiłem, aby podały mi rękę, i jedna z nich natychmiast wyciągnęła ku mnie delikatną, miękką kobiecą dłoń.

Podarunki z delikatnej białej materii

Wróciła mała, rozmowna Abila. Na życzenie stanęła na mojej dłoni, zażądała palca, abym dotknął jej zębów, i swymi trafnymi odpowiedziami dostarczała wiele tematów do rozmowy.

Między innymi obiecała coś nam podarować. Natychmiast na skraju zasłony powstała biała plamka wielkości jednomarkowej monety. Wraz ze słowami: „Bracie N., weź swój podarunek z zasłony”, pojawił się zaraz drugi taki prezent dla doktora, a trzeci dla mojej żony.

Powiedziała:

„To materiał z powietrza, mate – mateucieleśniony, z którego robi się nasze szaty”.

Prawdopodobnie nie potrafi wymówić słowa „materializować”. Zdjęliśmy z zasłony tę cienką, białą, niezwykle delikatną wełnę. Przenikanie materii przez zasłonę bardzo nas zainteresowało.10

Kiedy ukazał się jeszcze nowy, dotąd nieobecny duch, wszystkie obecne duchy obudziły medium, bębniąc palcami po ścianach. Głęboki oddech przywrócił je do świadomości. Pani T. wyszła z gabinetu taka, jaka do niego weszła. Na tym seans się zakończył.

Dzięki temu dowodowi wszedłem całkowicie w stadium wiedzy i żadna moc na ziemi nie zdoła mi jej już odebrać. Niech wszyscy uczeni łamią sobie głowy, niech ich szkolna mądrość ponosi klęskę. Niech ci, którzy nadal wstydzą się publicznie uznać prawdę, aby nie zostać wyszydzonymi i wyśmianymi jako szaleńcy, opierają się, jak długo zechcą. Wkrótce nadejdzie czas, gdy prawda utoruje sobie drogę olbrzymimi krokami i każdy nauczy się pojmować rzeczywistość zjawisk mediumicznych.

Kto ma uszy do słuchania, niechaj słucha!

Przypisy oryginalne

1 Po dokładnym wypytaniu zarówno nauczyciela, jak i samego syna muszę stwierdzić, że nigdy wcześniej nie czytał on baśni Musäusa. Uważam tę uwagę za niezwykle ważną, gdyby bowiem wcześniej czytał owe opowieści o Rübezahlu, wyobraźnia chłopca mogłaby odegrać istotną rolę. – Autor. ↩

2 Wydaje się, że chłopiec pozostawał tu w duchowo-magnetycznym związku z samym autorem i jako jasnowidz, odczytując myśli, ujrzał w magnetycznym śnie miejsca w Dreźnie, znane przecież jego ojcu. – Redakcja. ↩

3 Jest to tylko dobry przykład magnetyczno-jasnowidzącego czytania myśli, bez konieczności udziału ducha z zaświatów. – Redakcja. ↩

4 To oczywista wskazówka, że zjawiska te pozostają w zasadniczym związku z dojrzewaniem i rozwojem układu nerwowego chłopca. Także proroczy charakter tej przewidującej siły daje się wyjaśnić bez szczególnego wpływu duchów. Tkwiła już ona we własnej duchowej naturze wrażliwego chłopca. Por. zeszyt grudniowy z 1881 roku, s. 566. – Redakcja. ↩

5 Był tak zwanym „przewidującym”, człowiekiem obdarzonym widzeniem wyprzedzającym zdarzenia. Za istnieniem takich osób opowiadaliśmy się już wielokrotnie w „Psychische Studien”. Zob. na przykład: rocznik 1881, zeszyt majowy, s. 231; 1879, zeszyt marcowy, s. 136 i następne; 1879, zeszyt lipcowy, s. 323; 1878, zeszyt marcowy, s. 128; 1876, zeszyt lipcowy, s. 331. – Redakcja. ↩

6 Autor znajdował się już w sympatycznym związku z przewidującym jasnowidzem i uczestnikiem nasłuchu, wskutek tak zwanego psychicznego zarażenia, wynikającego z umówionego milczenia i nocnej scenerii. Ta ostatnia, podobnie jak ciemny gabinet u mediów, sprzyjała owym wciąż jeszcze wyłącznie subiektywnym, wewnętrznym wrażeniom i zjawiskom psychicznym, którym przecież w tej samej chwili nie odpowiadała jeszcze obiektywna rzeczywistość. To, co widziane w najgłębszym wnętrzu, było następnie pozornie rzutowane na zewnątrz jako rzeczywiste, na podobieństwo latarni magicznej lub zwierciadła. – Redakcja. ↩

7 Pozwalamy sobie odpowiedzieć: własna siła psychiczna człowieka, obejmująca znacznie więcej, niż sobie uświadamiamy, i pozostająca w sympatycznym związku z przeszłością, teraźniejszością i przyszłością oraz ze wszystkimi rzeczami samymi w sobie, wykraczającymi poza nasze zewnętrzne zmysły. Por. zeszyt grudniowy z 1881 roku, s. 566. – Redakcja. ↩

8 Właśnie dlatego, że on sam o tym wiedział i pozostawał w sympatycznym lub magnetycznym związku z medium, względnie z jego materializacją, jego sekret został wyjawiony przez odczytanie myśli. – Redakcja. ↩

9 Abila jest uosobieniem jasnowidzącej i jasnowiedzącej zdolności medium, której przyporządkowany jest przede wszystkim narząd mowy. Pozostałe postacie dlatego mówią mniej albo wcale, a wykonują raczej inne czynności. Wszystkie te postacie traktujemy jako wypływające z jednego i tego samego nieświadomego, magicznego źródła siły medium i przybierające plastyczny kształt, podobnie jak nasze wewnętrzne wyobrażenia duchowe mogą zarówno na jawie, jak i we śnie dzielić się – rozróżniać – i personifikować. – Redakcja. ↩

10 Spośród wszystkich zjawisk zachodzących podczas prawdziwie opisanych tutaj materializacji właśnie ten fizyczny cud przenikania materii przez materię oraz tworzenia się tak delikatnych tkanin, podobnie jak samych zmaterializowanych postaci, jest chyba najbardziej niewytłumaczalny dla współczesnej fizjologii, fizyki i chemii. Tak zwane przekazy duchowe łatwiej jeszcze objaśnić własną psychiczną naturą medium oraz jego magnetycznym, jasnowidzącym, względnie odczytującym myśli związkiem z kręgiem.

Odradzalibyśmy jednak natychmiastowe uciekanie się do hipotezy duchów, dopóki nie pojawi się najbezwzględniej przekonująca konieczność jej przyjęcia. Wciąż mamy do czynienia jedynie z osobliwym uzdolnieniem mediumicznym, którego badanie znajduje się dopiero w początkowym stadium. Dopiero długa seria porównań pozwala wyprowadzić pewny wniosek indukcyjny.

W czasopismach spirytystycznych, najczęściej o kierunku ślepo wierzącym, przypisano duchom już tak wiele, że wyjaśnianie w ten sposób wszelkich bez wyjątku manifestacji stopniowo straciło wiarygodność, przynajmniej w krytycznych oczach trzeźwych badaczy ducha. Znamy przykłady tak zwanych manifestacji duchowych, które przy całej pozornej wiarygodności okazywały się ostatecznie, dzięki okolicznościom ubocznym, równie subiektywno-fantastyczne jak rzekomy syn Rübezahla ze s. 104.

Uważamy rzeczywiste królestwo zmarłych za zbyt wysokie i wzniosłe, aby miało urządzać nam podobne fantasmagorie. Ich przyczyny szukajmy najpierw raczej we własnej subiektywno-duchowej naturze, na której przecież mamy się dopiero wychowywać do rzeczywistej realności.

Tutaj także nasi fizjolodzy, psychologowie i przyrodnicy mogliby spokojnie przystąpić do badań, bez dalszego lęku przed duchami. Dotąd obawiali się jedynie śmieszności, jaką mogłoby na nich sprowadzić posądzenie o zabobon. Dzięki wspólnej obserwacji również tych osobliwych zjawisk mogliby być może odkryć nową tajemnicę przyrody. W końcu musieliby przecież uznać same fakty, a już to byłoby znaczącym osiągnięciem.

Czy sławiona niemiecka nauka i zdolność obserwacji naprawdę osłabły już tak dalece, że nie potrafiłyby rozwiązać tego zadania? Prawdziwość tak zwanych zjawisk hipnotycznych, początkowo kwestionowaną, potwierdzili już przecież niektórzy ludzie nauki. Nie zabraknie także potwierdzenia zjawisk mediumicznych.

W kwestii tego, jak z pozornego niczego może jednak powstać coś, profesor Butlerow w Petersburgu dał już chemikom i pozostałym przyrodnikom ważne wskazówki w artykule „Berührungspunkte von Homöopathie und Mediumismus” („Punkty styczne homeopatii i mediumizmu”; „Psychische Studien”, zeszyt styczniowy z 1882 roku, s. 10 i następne).

Na poparcie naszego stanowiska możemy, jak sądzimy, dodać, że własna psychiczna siła odczuwania, myślenia i chcenia dostarcza wystarczających podstaw, aby przybliżyć nam analogię między nią a tak zwanymi plastycznymi, mediumicznymi zjawiskami materializacyjnymi. Każde z naszych wewnętrznych spostrzeżeń, każde wyobrażenie i każda idea mogłyby już być taką plastycznie ukształtowaną w nas, w miniaturze, siłą nerwową, która wprawdzie najczęściej działa dalej na zewnątrz, kształtując tylko materiały znane nam już zmysłowo.

Wyobraźmy sobie teraz, że ta zdolność postrzegania i wyobrażania, czyli nasza twórcza fantazja, w magicznym stanie duszy medium zostaje mimowolnie rzutowana poza mózg i w ten sposób ukazana nam jako zewnętrzne zjawisko zmysłowe. Z medium wydobywają się przecież dostrzegalne emanacje, przyciągające składniki powietrza. Nie mamy wówczas wprawdzie jeszcze ścisłego wyjaśnienia cudu, lecz otrzymujemy przynajmniej nić przewodnią do naturalnego objaśnienia sprawy.

Już nasze własne wewnętrzne wyobrażanie i oglądanie pozostaje przecież w gruncie rzeczy jednym z największych cudów natury, nawet jeśli sądzimy, że je rozumiemy. Wszelkie spostrzeżenia zmysłowe mamy właściwie tylko w sobie, jako subiektywne psychiczne obrazy doznań, i dopiero potem rzutujemy je na zewnątrz jako odmienne od nas. Podobnie obraz zwierciadlany, odbijany przecież przed lustrem, oglądowo umieszczamy za nim. Jedno i drugie jest zwodniczym pozorem.

Świat zewnętrzny jako spostrzeżenie i pojęcie żyje wyłącznie w nas. O jego rzeczywistym istnieniu poza nami musimy dopiero wnioskować myślowo. Wszystko, co nagle widzimy lub postrzegamy poza sobą jako coś obcego, błędnie przypisujemy od razu podmiotowi znajdującemu się na zewnątrz, ponieważ personifikacja jest podstawowym prawem naszej istoty psychicznej.

W lesie boimy się pniaków przypominających karły lub inne postacie, w ciemności – rzekomych duchów, w chmurach dostrzegamy zwierzęce i ludzkie twarze. Poeta personifikuje wszystko, co tworzy. W snach prowadzimy długie rozmowy z najrozmaitszymi osobami, które do nas mówią. Czy uznajemy je za rzeczywiste duchy, czy tylko za subiektywne twory naszej kształtującej wyobraźni? Czym różnią się tak zwane halucynacje osób cierpiących na choroby nerwowe od rzeczywistych osób i przedmiotów pojawiających się w tych widzeniach?

Dlaczego cud mediumiczny miałby być większy niż cud zachodzący w nas w każdej chwili, przy którym nie odwołujemy się przecież nieustannie do współdziałania duchów spoza świata lub duchów zmarłych?

Prosimy krytyków naszego stanowiska, aby dokładnie rozważyli nasze słowa i nie okrzykiwali nas jeszcze niewierzącymi w duchy tylko dlatego, że nie wszystko, co tak wygląda, uznajemy natychmiast za rzeczywiste duchy i ich działania. Tym ostatnim chcielibyśmy przypisywać jedynie najrzadsze i najlepsze przypadki.

Kryterium odróżniania duchów z zaświatów od naszego własnego ducha jest tak złożone, że nie można go od razu nałożyć każdemu niczym jasnowidzących okularów poznania. Nad tym problemem najlepsze umysły będą trudziły się jeszcze przez lata, zanim zdołają dojść do rozstrzygnięcia ostatecznego. – Sekretarz redakcji. ↩

Źródło

C. E. Noessler, Wer Ohren hat zu hören, der höre! Spiritualistische Phänomene aus meinem eigenen Leben („Kto ma uszy do słuchania, niechaj słucha! Zjawiska spirytualistyczne z mojego życia”), „Psychische Studien”, rocznik IX, 1882: część I – zeszyt 3, marzec, s. 102–109; część II – zeszyt 4, kwiecień, s. 152–159. Przekład scalony z dwóch dostarczonych skanów, z zachowaniem podziału na części i wszystkich przypisów należących do artykułu. Numerację przypisów ujednolicono dla całej publikacji.