Starsza historia zjawy
Doniesienie z Norymbergi
W 1734 roku, w niedzielę sześćdziesiątnicy, 28 lutego, Leo, saksoński student prawa, przejeżdżał przez Norymbergę i zatrzymał się tam na noc w cieszącej się dobrą opinią gospodzie. Tego wieczoru odwiedził go w pokoju Walther, dawny towarzysz ze wspólnego stołu w Lipsku, wówczas kandydat do stanu duchownego. Przy fajce tytoniu prowadzili miłą rozmowę, wspominając licznych przyjaciół z czasów studiów w Lipsku i przeżyte z nimi przygody.
Gdy byli w środku rozmowy, około godziny ósmej ktoś trzykrotnie zapukał do drzwi pokoju. Leo i Walther sądzili, że to gospodarz albo ktoś z jego domowników, i trzy razy zawołali: „Proszę wejść!”. Ponieważ nikt nie wchodził, Leo sam otworzył drzwi. Nie zastał jednak za nimi nikogo, zamknął je więc ponownie i wrócił na swoje miejsce. W tej samej chwili obaj usłyszeli w pokoju głośny szelest, jak gdyby kobieta w damasceńskiej lub jedwabnej sukni z trenem trzykrotnie przeszła po nim tam i z powrotem. Nikogo jednak nie widzieli.
Zwróciło to ich uwagę, tym bardziej że szelestowi towarzyszyło stukanie pióra leżącego na stole, na kałamarzu. Brzmiało ono niczym uderzenia mechanizmu zegarka kieszonkowego. Początkowo obejrzeli kałamarz, podejrzewając, że odgłos może wydawać drążący go drewnojad. Wkrótce jednak spostrzegli, że stuka nie kałamarz, lecz spoczywające na nim pióro. Zbadali je z zewnątrz i wewnątrz, ale nie znaleźli niczego, co potwierdzałoby obecność owada.
Choć wydawało im się to osobliwe, postanowili nie zaprzątać sobie tym głowy. Wrócili do poprzednich tematów i próbowali zapomnieć o zdarzeniu. Po upływie pół godziny ujrzeli jednak coś białego, co bardzo powoli potoczyło się z jednego końca stołu na drugi. Walther wziął to za zwinięte białe pończochy, Leo zaś za zwinięty tobołek z bielizną. Obaj wstali i szukali na podłodze w miejscu, gdzie przedmiot miał spaść, lecz niczego nie znaleźli. Walther uznał, że mogło to należeć do Lea, bo spadło ze stołu od jego strony. Leo zapewnił go jednak, że niczego podobnego nie wyjął ze swej torby podróżnej.
Znów usiłowali podjąć przerwaną rozmowę. Leo poskarżył się wtedy na straszliwy niepokój, którego przyczyny nie umiał wskazać. Walther, wstając, aby zapalić fajkę od świecy, ujrzał niespodziewanie starą kobietę o twarzy przypominającej twarz zmarłej: miała zamknięte oczy i zapadłe policzki, a jej głowa, dłonie i całe ciało były okryte białym welonem. Wyglądała jak saksońskie płaczki lub kobiety obwieszczające śmierć i pogrzeb. Postać siedziała obok nich, między Waltherem a Leem.
Widok ten przeraził Walthera, lecz nie chciał mówić o nim Leowi, który już wcześniej uskarżał się na niepokój. Wolał zaczekać, czy Leo sam wspomni o zjawie. Zauważył jednak, że przyjaciel niczego nie dostrzegł, co Leo później mu potwierdził. Jego lęk i przerażenie mimo to nie ustępowały. Walther odwrócił twarz od nieruchomo siedzącej postaci, ale nie potrafił powstrzymać się od zerkania przez palce, czy nieproszony gość wciąż jest przy nich. Próbowali rozmawiać o innych sprawach, jednak obaj byli tak zmieszani, że nie mogli zebrać myśli.
Wreszcie Walther postanowił zmienić miejsce. Udał, że musi coś przynieść, lecz nie może tego znaleźć. Leo wstał i zaczął szukać razem z nim. Widmo zmarłej podążyło tuż za nim, a kiedy Leo znowu usiadł, powróciło na poprzednie miejsce. W takim stanie spędzili jeszcze pół godziny. W końcu, gdy zegar wybił dziewiątą, obaj wyraźnie usłyszeli żałosne westchnienie, jakby wydobyte z najgłębszego wnętrza serca. W tej samej chwili ustało stukanie pióra i zniknęła postać: całe zjawisko dobiegło końca.
Jeszcze przez dłuższy czas rozmawiali o tym, co wspólnie usłyszeli i czego doświadczyli. Byli przytomni i nie należeli do ludzi łatwowiernych w sprawach opowieści o duchach. Walther uważał wszystkie te zdarzenia za znaki zapowiadające coś złego. Leo przypuszczał, że oznaczają śmierć ojca albo matki, których pozostawił w domu ciężko chorych. Zanotował dzień i godzinę zajścia i obiecał Waltherowi, że gdy tylko otrzyma list z domu, powiadomi go, czy ich przypuszczenie się sprawdziło.
Leo dotrzymał słowa, chociaż z ważnych powodów z pewnym opóźnieniem. Drugiego kwietnia Walther otrzymał od przyjaciela wiadomość wysłaną z Linzu 11 marca 1734 roku:
„Straszliwa noc, którą obaj przeżyliśmy we wspomnianym miejscu, zobowiązuje mnie, drogi bracie, do powiadomienia Cię, że nasze przypuszczenie co do zwiastunów śmierci okazało się słuszne. Przebywałem już od sześciu dni w Ratyzbonie, gdy nadeszła smutna wiadomość z domu: moja matka zmarła 28 lutego o dziewiątej wieczorem, po niemal trzech godzinach zmagania się ze śmiercią. Podobno bardzo pragnęła mnie zobaczyć. Co zaś najdziwniejsze, wiedziała także, chociaż moi rodzice nie otrzymali wcześniej żadnej wiadomości na ten temat, że jej rodzona, zamężna siostra, przebywająca w ciemnym lesie, tak samo jak ona znajdowała się wówczas u progu śmierci. Zmarła w tej samej chwili co moja matka.
Teraz łatwo będzie znaleźć wyjaśnienie wcześniejszych znaków. Nie opowiedziałem wtedy ani gospodarzowi, ani kelnerowi o tym, co się wydarzyło, i nie prosiłem nikogo, by pozostał ze mną przez noc.* Spałem sam i, dzięki Bogu, całkiem dobrze i spokojnie, bez dalszych przykrości czy lęku. Na podstawie tego, co się stało, mogłem bowiem wywnioskować, że przyczyną tych zjawisk nie był sam pokój, lecz zbliżająca się śmierć itd.”
* Żegnając się z Leem, który następnego ranka bardzo wcześnie ruszył w dalszą drogę, Walther radził mu wyraźnie, by pozwolił kelnerowi spać tej nocy w swoim pokoju. Dzięki temu mógłby spokojniej spędzić noc w miejscu, które wzbudziło w nim odrazę.
Przypis źródłowy
„Eine ältere Erscheinungsgeschichte (Aus Nürnberg mitgetheilt.)”, Magikon, 1842, tom II, s. 211–214. Przekład z języka niemieckiego; przypis oznaczony gwiazdką pochodzi z oryginału.