Historia ducha z Dublina i zagadka domu

Spirytyzm

Historia ducha z Dublina

Przekład

Z „Dublin Freeman’s Journal” z 22 lipca 1841 roku.

Nawet ryzykując, że uzna się nasz tekst za drugie wydanie niedawnej historii ducha z Windsoru,1 przekazujemy poniższą relację o zdarzeniach doprawdy niezwykłych i niewyjaśnionych. Dowiedzieliśmy się o nich w ubiegłym tygodniu i możemy bez zastrzeżeń ręczyć za ścisłość informacji, zaczerpniętych ze źródła budzącego największe zaufanie. Z uwagi na uczestników powstrzymujemy się od opublikowania ich nazwisk, lecz ponownie zapewniamy o prawdziwości przedstawionych faktów.

W czwartek wieczorem, 15 lipca, szanowaną rodzinę, złożoną z pana domu, jego żony i dwojga służących, zaniepokoił głośny i bardzo niezwykły hałas. Mieszkali w odosobnionym domu otoczonym niewielkim ogrodem, na południowym przedmieściu Dublina. Słychać było mocne stukanie do drzwi oraz ciężkie kroki w pokoju na piętrze i na schodach prowadzących z sieni. Natychmiast przeszukano cały dom, lecz nie odnaleziono przyczyny odgłosów. Łatwo wyobrazić sobie wywołany tym niepokój. Sprowadzono mieszkańców domu naprzeciwko; mnożono przypuszczenia, ale źródło hałasu pozostało tajemnicą.

Tajemnicze odgłosy powtórzyły się następnej nocy, jeszcze głośniejsze niż poprzednio, a także w nocy z soboty na niedzielę i z niedzieli na poniedziałek. Wtedy dwóch lub trzech przyjaciół czuwało wraz z rodziną i próbowało wszelkich sposobów, by ustalić przyczynę dźwięków. Podejrzewali, że ktoś chce im spłatać figla; wysiłki nie przyniosły jednak rezultatu.

W następny poniedziałek rodzina i przyjaciele — łącznie siedem osób — postanowili czuwać do rana i jeszcze raz spróbować wyjaśnić zagadkę. Starannie zamknięto wszystkie drzwi oprócz drzwi dwóch pomieszczeń, w których rozdzielili się obecni: pokoju służących na piętrze i pokoju na parterze. Zauważono, że stukanie rozlegało się wyłącznie po zgaszeniu światła. Ta okoliczność, trzeba przyznać, mogła budzić podejrzenia. Zgaszono więc światła, trzymając jednak pod ręką zapałki, aby móc je w każdej chwili ponownie zapalić.

Po kilku minutach starsza z dwóch służących, siedząca na łóżku, krzyknęła, że widzi twarz. Wydawało jej się, że już ją kiedyś widziała, i sądziła, że rozpozna ją, gdy znów się ukaże. W tej samej chwili zapalono światło i postać zniknęła. Jednocześnie usłyszano trzy głośne uderzenia w drzwi pokoju od zewnętrznej strony. Osoby przebywające na dole, przyciągnięte hałasem, wbiegły po schodach do pokoju. Nikogo obcego nie znaleziono ani tam, ani nigdzie w domu.

Zgaszono światło po raz drugi. Służąca natychmiast oznajmiła, że znów widzi postać: był to jej brat, zmarły przed dziesięcioma miesiącami. Trudno opisać wrażenie, jakie wywołały te słowa. Pani domu błagała dziewczynę, aby przemówiła do istoty, którą uznała za ducha brata. Nastąpiła rozmowa, lecz pozostali obecni słyszeli głos tylko jednej strony. Służąca powtarzała słowa, które — jak sądziła — wypowiadało widmo, i dziwiła się, że inni ich nie słyszą równie wyraźnie jak ona.

Według jej relacji duch powiedział, że nie może dostać się do nieba, zanim nie uporządkuje kilku ziemskich spraw. Otrzymał pozwolenie, by porozmawiać z siostrą, dlatego musiał zachowywać się tak jak dotąd. Wspomniał o drobnych długach i poprosił o ich spłatę. Łącznie miały wynosić około siedmiu szylingów, należnych siedmiu różnym osobom. Na koniec zapewnił, że gdy te sprawy zostaną załatwione, nie będzie już jej niepokoił, po czym zniknął. Przez cały czas biedna służąca ogromnie cierpiała wskutek przerażenia; dwie osoby musiały ją podtrzymywać w pozycji siedzącej. Pozostali słuchali wstrzymując oddech, zapewne nie bez dreszczu grozy.

Najdziwniejsze okazało się to, że gdy następnego ranka zasięgnięto informacji, wszystkie długi wymienione podczas nocnego zajścia odpowiadały temu, jak je przedstawiono. Wierzyciele niemal już o nich zapomnieli, a siostra zmarłego uroczyście zapewniała, że wcześniej nic o nich nie wiedziała. Warto dodać, że rodzina i służąca należeli do Kościoła anglikańskiego. Pan domu jest człowiekiem o silnym charakterze. Spośród tych, którzy czuwali w poniedziałkową noc, jeden jest poważanym lekarzem w tym mieście, drugi szanowanym kupcem i starszym w dublińskim Kościele prezbiteriańskim, a trzeci — starszym byłym żołnierzem pracującym u owego kupca. Wszyscy mają mocne nerwy, są sceptyczni wobec działania sił nadprzyrodzonych, a jednak — jak sądzimy — są całkowicie przekonani o prawdziwości opisanych zdarzeń.

Tak w zarysie wygląda przebieg tego osobliwego wydarzenia. W ubiegły wtorek rodzina przeprowadziła się do innego domu, a służąca nadal zdaje się mocno cierpieć z powodu doznanego wstrząsu.

Uzupełnienie z 27 lipca 1841 roku

Podajemy dalsze szczegóły, na których ogłoszenie otrzymaliśmy zgodę, dotyczące dziwnej i tajemniczej historii o nadzwyczajnych odgłosach i domniemanym ukazaniu się zmarłego jego siostrze. Główne okoliczności opisaliśmy już w ubiegłym tygodniu. Nie wolno nam podać nazwisk gospodarzy domu ani — ze zrozumiałych powodów — jego numeru. Powtarzamy jednak, że zarówno sam pan domu, jak i ludzie, którzy czuwali razem z nim w noc rzekomego ukazania się zjawy, cieszą się największym szacunkiem i niekwestionowaną opinią prawdomówności. Wśród nich, jak już wspomniano, jest lekarz mieszkający przy Eccles Street.

Ustaliliśmy ponadto, że zmarły nazywał się John Fortune. To on miał powrócić „z krainy, z której żaden śmiertelnik nie wraca”, aby jeszcze raz odwiedzić świat doczesny. Był pracownikiem kolei Dublin–Kingstown i zmarł około dziesięć miesięcy temu w następstwie obrażeń odniesionych kilka miesięcy wcześniej, kiedy został silnie ściśnięty między dwoma wagonami. Był katolikiem.

Wyliczenie długów, których spłaty miał zażądać duch, może wydawać się z powodu ich nikłej wartości niewystarczającym powodem do zakłócenia spokoju duszy w innym świecie, nadając całej historii pozór nieprawdopodobieństwa. Oto kwoty, na ile potrafimy sobie przypomnieć:

  • Pan Smith, handlarz odzieżą przy Mark Lane: 1 szyling pozostały do zapłaty z ceny 30 szylingów za kupiony u niego płaszcz. Smith zupełnie zapomniał o należności. Wiedząc o śmierci Fortune’a, nie oczekiwał już jej zwrotu.
  • Pan Murphy, właściciel gospody przy Townsend Street: 7 pensów. Ponieważ dwóch ludzi o tym nazwisku prowadziło tam taki sam interes, siostra zmarłego nie wiedziała, komu był winien pieniądze. Odwiedziła obu razem ze służącą. Prawdziwy wierzyciel nic o należności nie pamiętał, dopóki nie wezwał swego pracownika do sprawdzenia ksiąg. Wówczas podana przez ducha informacja okazała się całkowicie zgodna z zapisem.
  • Sprzedawczyni owoców przy stacji kolejowej na Westland Row: 3 pensy. O ile nam wiadomo, również ona zapomniała o tej kwocie.
  • Inny wierzyciel, za napoje kupowane przy różnych okazjach: 3 szylingi.
  • Pani Marshall z Sir John Rogerson’s Quay, pozostałość zapłaty za nocleg: 2 szylingi.

Razem: 6 szylingów i 10 pensów.

Z ostatnią z tych należności łączy się jedna z najbardziej niezwykłych i zagadkowych okoliczności całej historii. Kiedy we wtorek rano, po pełnym trwogi spotkaniu niewidzialnego gościa z siostrą, służąca poszła uregulować dług, pani Marshall — jak się później okazało, błędnie — zażądała dziewięciu szylingów. Tyle, jak sądziła, zmarły był jej jeszcze winien. Pani domu nie chciała zapłacić takiej kwoty i następnego dnia opowiedziała o tym mężowi. Rozmawiali już w nowym mieszkaniu, do którego przeprowadzili się tego samego ranka. Warto zaznaczyć, że z powodu nagłego zerwania umowy najmu stracili około rocznej opłaty za opuszczony dom. Służąca wyszła właśnie załatwić jakąś sprawę.

Gospodarz przechadzał się po pokoju i mówił, że najlepiej będzie zapłacić pani Marshall tyle, ile żąda, aby mieć tę sprawę za sobą. W tej samej chwili głośno rozległo się przy drzwiach pokoju dobrze im już znane, głuche i tajemnicze stukanie. Jego żona zadrżała, on zaś — według własnej relacji — powiedział uroczyście: „Znowu tu jest!”. Przy trzecim uderzeniu chwycił za klamkę i gwałtownie otworzył drzwi, pewien, że sam zobaczy niezwykłego gościa. Nie dostrzegł jednak nikogo ani w sieni, ani na schodach, ani gdziekolwiek indziej. Mieszkająca na piętrze kobieta usłyszała hałas i zapytała, co oznacza stukanie, lecz również nie wiedziała o nikim, kto mógłby je spowodować.

Wkrótce przyszła pani Marshall i oznajmiła, że sprawdziła należność: przysługiwały jej tylko dwa szylingi. Dług natychmiast uregulowano. Tak przedstawiają się wydarzenia, w których prawdziwość uczestnicy głęboko wierzą.

O ile wiemy, od środy nic więcej się nie wydarzyło. Biedna służąca pozostaje jednak przygnębiona, a nawet ludzie najbardziej opanowani i nieufni, którzy znają przedstawione fakty z bliska, są głęboko przekonani, że sprawa ma związek z czymś nadprzyrodzonym. Gdybyśmy sami to przyjęli, narazilibyśmy się oczywiście na drwiny. Ponieważ jednak nie potrafimy podać ani naturalnego, ani choćby prawdopodobnego wyjaśnienia, pozostawiamy czytelnikom ocenę według ich własnego uznania.

Uwagi zamieszczone w „Magikonie”

Powyższy przekład nadesłany tekst zawdzięcza bardzo drogiemu przyjacielowi. Dodajmy kilka uwag. Gdyby nie ów niemądry lęk przed szyderstwem, o którym na końcu wspomina rzetelny sprawozdawca — innymi słowy, gdyby nie pospolity przesąd naturalistyczny — opisane zajście spowodowałoby mniej cierpienia. Najgorzej, kiedy przesąd ten popiera nauczanie kościelne, według którego Bóg rzekomo zabrania wiary w zjawy. Biedna służąca mniej cierpiałaby z powodu ukazania się brata; mogłaby raczej cieszyć się, że mimo śmierci on nadal żyje, i że może mu oddać istotną przysługę.

Szanowani małżonkowie zaoszczędziliby kosztowny roczny czynsz. Po spłacie drobnych długów mogliby spokojnie pozostać w starym domu: duch nie był do niego przywiązany i odwiedził ich także w nowym mieszkaniu. Wszyscy przeżyliby mniej lęku, gdyby lepiej rozumieli podobne zjawiska.

Najbardziej pouczająca jest jednak w tej historii wrażliwość sumienia zmarłego. Pozostawił niezapłacone tylko sześć szylingów i dziesięć pensów, w tym u sprzedawczyni owoców zaledwie trzy pensy. Wierzyciele zdążyli już zapomnieć o drobnych roszczeniach i zapewne nie skarżyliby się na niego przed Bogiem. Czy małość kwot stanowi powód do powątpiewania w tę historię, jak zdaje się sądzić sprawozdawca? A może przemawia za tym, aby uwierzyć jej jeszcze mocniej i wyciągnąć z niej naukę? Sądzimy, że to drugie. Zmarły sam siebie oskarża, i to aż do najdrobniejszej rzeczy. Skoro może naprawić swoje zaniedbanie, stara się to uczynić. Fortune zwraca się do siostry i prawowitej spadkobierczyni, daje się słyszeć w domu jej pracodawców i jej samej się ukazuje.

Słusznie uczyniono, spłacając należności: dopiero tam, gdzie nie można już niczego naprawić, wystarczająca zasługa Zbawiciela i Jego wszechmoc mogą stać się wyrównaniem i zadośćuczynieniem; do Niego należy wtedy kierować niespokojną duszę. Kiedy zostaje uregulowane to, co bezpośrednio ją obciąża, pozbawia się ją wszelkiej wątpliwości i wymówki, by nie szukała swego Zbawiciela. W przeciwnym razie trzeba byłoby też uznać za słuszne, gdyby żyjący człowiek nie oddawał długów albo kradł i nie zwracał cudzej własności. Kto chce polegać na łasce, musi spełniać wymagania prawa w miarę swoich możliwości. Nie jest to żadna „nowoewangeliczna” samousprawiedliwiająca się cnota, lecz nakaz Ewangelii i warunek nie do obejścia. Najpierw czynić to, co słuszne, ze wszystkich sił, a potem liczyć na miłosierdzie — taka jest nauka chrześcijaństwa.

Pozostaje w nas dość nieprawości, których nie potrafimy odpokutować i wynagrodzić, choćby były to tylko bezużyteczne słowa i nieczyste myśli. Żaden grzech nie jest błahy wobec najświętszego oka Boga, przed którym zmarły widzi się odsłonięty. I po tym wszystkim pyta się jeszcze wraz z pewnymi ludźmi o moralny cel podobnych zjawisk!

Relacja o odgłosach w Windsorze

Wspomniany wyżej przyjaciel przesłał nam później także historię z Windsoru, którą przytaczamy poniżej.

Z „The Times” z 16 czerwca 1841 roku. Windsor, wtorek 14 czerwca 1841 roku.

Od kilku dni pewien dom w Windsorze i okolicy przyciąga wielką uwagę. Opowiada się, że straszy w nim z powodu niezwykłych odgłosów, które tam słychać. Budynek, zwany Want’s Cottage, leży w Clewer, około jednej mili angielskiej od miasta, odosobniony w otaczającym go ogrodzie. Mieszkają w nim państwo Wright, którzy kilka lat temu wycofali się z czynnego życia, dwie ich córki i służąca. Odgłosy występują z przerwami w dzień i w nocy; przypominają dźwięk, jaki powstałby, gdyby ktoś szybko uderzał knykciami w płycinę drzwi.

Aby rozwikłać tajemnicę, do domu udali się urzędnicy, duchowni i najbardziej poważani mieszkańcy okolicy. Wszyscy byli obecni, kiedy odgłos znów się pojawił. Zdawało się wyraźnie, że dobiega od drzwi prowadzących z kuchni do domowej toalety. Mimo że obserwatorzy stanęli tuż przy drzwiach, nie zdołali rzucić na sprawę choćby odrobiny światła. Obecni podczas części poprzedniego dnia i w sobotę byli między innymi pan W. F. Riley z Forest Hill, pan W. B. Harcourt z St. Leonards Hill, generał major lord Clement Hill, Edmund Foster z Clewer House oraz duchowni, między nimi wielebny Gould z Clewer.

Odgłos pochodzi wyraźnie od wspomnianych drzwi i tylko na nich daje się w pewnym stopniu naśladować, mocno i szybko uderzając knykciami w środek płyciny. Riley i lord Clement Hill stali w sieni w odległości zaledwie trzech kroków od drzwi. Gdy zaczęło się pukanie, w ciągu sekundy rzucili się w to miejsce. Nikogo nie było w pobliżu, a wszyscy domownicy znajdowali się w zupełnie innej części domu. Odgłos jest tak silny, że słyszą go ludzie mieszkający czterysta lub pięćset jardów dalej. Niewytłumaczone dotąd łomotanie wywołało w sąsiedztwie tak wielki strach, że pani Roberts, mieszkająca w pewnej odległości od domu Wrightów, za dwiema drogami, wypowiedziała najem i zamierzała wyprowadzić się jeszcze tego dnia. Również rodzina Wrightów jest tak niespokojna, że przygotowuje się do opuszczenia domu.

Usunięto wszystkie urządzenia toalety, rozebrano podłogę i przekopano ziemię pod nią. Zakładano, że odgłosy może powodować złe powietrze nagromadzone w rurach i odpływach albo inna przyczyna związana z tą częścią domu. Hałas trwa jednak z przerwami dokładnie tak jak wcześniej, a wczoraj i dziś był nawet głośniejszy i silniejszy.

Aby przekonać się, czy ktoś rzeczywiście uderza w drzwi, położono na wystającej części płyciny małą drzazgę. Kiedy stukanie ustało, znaleziono ją na ziemi. W celu dokładniejszego sprawdzenia syn pana Wrighta, przybyły z Newbury, przymocował w niedzielę do drzwi kawałek drutu. Po ustaniu hałasu stwierdzono, że drut został przerwany, a drzwi wygięły się do środka. Pewnego razu zdjęto nawet drzwi z zawiasów i odstawiono je z tyłu toalety, lecz stukanie brzmiało tak samo jak przedtem. Właścicielka domu, pani Stokes, przyjechała z miasta i zarządziła wszelkie możliwe poszukiwania; dotąd nie widać jednak nadziei na wyjaśnienie zagadki.

Należy wspomnieć, że podczas trzech lub czterech epizodów pukania obecnych było co najmniej pięciu niezwiązanych z domownikami ludzi z Windsoru i innych miejscowości. Byli zdecydowani, jeśli tylko się da, wykryć przyczynę. Pozostali jednak bezradni wobec pochodzenia dźwięków. W ubiegłą sobotę pewien mężczyzna sam zaproponował, że wraz z panem Wrightem spędzi całą noc na czuwaniu; na wniosek urzędników przyjęto jego ofertę. Pozostali mieszkańcy położyli się spać o zwykłej porze. Aż do szóstej rano nie usłyszano żadnych odgłosów, lecz w ciągu następnej niedzieli hałas był silniejszy niż kiedykolwiek.

Wiele osób niewiedzących i przesądnych przypisuje oczywiście hałas działaniu siły nadprzyrodzonej. Krąży już opowieść, jakoby jakiś człowiek opuścił kiedyś okolicę „w bardzo tajemniczych okolicznościach” i jakoby „bez wątpienia popełniono morderstwo w pobliżu tego miejsca”. Niezależnie od tego pewne jest, że poważani urzędnicy, duchowni i inni mieszkańcy hrabstwa odwiedzili w minionym tygodniu dom. Żaden z nich nie wie, co sądzić o dziwnych odgłosach, które słyszeli w odległości trzech czy czterech kroków od ich domniemanego źródła. Historia wciąż budzi żywe zainteresowanie i pozostaje spowita głęboką tajemnicą.

Na tym kończy się relacja. A zatem ludzie poważani i wykształceni nie wiedzą, co myśleć o sprawie, a mimo to tych, którzy dopuszczają działanie nadprzyrodzone, nazywa się niewiedzącymi i przesądnymi. Ci drudzy mogą oczywiście się mylić, lecz ci pierwsi sami przyznają się do niewiedzy. Nie wiadomo, co stało się później ani czy znalazł się ktoś obeznany z takimi sprawami — mag albo zwyczajna służąca — kto potrafił położyć kres zjawisku i rozwiązać zagadkę. Warto porównać wypowiedź pewnego równie światłego angielskiego duchownego przytoczoną w Blätter aus Prevorst, zbiór 10, s. 85 i nast.

1. Zob. poniżej zamieszczoną relację z Windsoru.

Przypis źródłowy

„Geistergeschichte von Dublin” [„Historia ducha z Dublina”], „Magikon”, 1842, t. II, s. 199–210. Relacja dublińska pochodzi z „Dublin Freeman’s Journal” z 22 i 27 lipca 1841 r.; dołączona relacja o Windsorze — z „The Times” z 16 czerwca 1841 r.