Noch ein Wort zur Ringprobe.
Christian Reimers
Wprowadzenie redakcyjne: Christian Reimers broni osobistego doświadczenia i eksperymentu jako podstawy badania zjawisk spirytualistycznych. Punktem wyjścia jest spór o próbę z żelaznym pierścieniem, który według autora znalazł się na ramieniu mimo związanych nadgarstków. List ukazuje również różnicę stanowisk między autorem a jego adresatem i redakcją, domagającymi się dokładnego opisu oraz ścisłych dowodów. Poniżej scalony przekład tekstu, wraz ze wszystkimi przypisami.
Przekład
Szanowny Przyjacielu![1]
Jak się zdaje, nie udzieliłem Panu w sprawie próby z pierścieniem oczekiwanego bliższego wyjaśnienia. Ponieważ zaś moje milczenie łatwo mogłoby zostać odczytane na niekorzyść naszej sprawy, a także — co naturalne — mojej zdolności obserwacji, mam nadzieję, że zechce Pan zamieścić niniejsze słowa w swoim najbliższym numerze. W jednym punkcie jesteśmy przecież najzupełniej zgodni: w obronie naszych najgłębszych przekonań bez względu na osobiste następstwa, zarówno niekorzystne, jak i korzystne. To uczucie zdawało się ożywiać nas obu, bez dalszej wymiany słów, już przy pierwszym spojrzeniu i uścisku dłoni, kiedy w sierpniu ubiegłego roku wszedłem do Pańskiego pokoju. Wiem, że odtąd nie może ono i nigdy nie będzie mogło ulec u nas jakiemukolwiek wpływowi.
Im głębiej wnikałem w niezwykłą istotę tych tak zwanych zjawisk duchowych, tym mocniej odczuwałem niebezpieczeństwo pozornej sprzeczności z już zdobytą i utrwaloną — być może także skostniałą — wiedzą o prawach przyrody. Dlatego uważałem przekazywanie faktów za pomocą słowa za absolutnie niemożliwe, to znaczy w obecnej chwili, bez wywoływania nieporozumień i zamętu.[2] To właśnie stanowiło sedno mojego wezwania, aby obok teoretyzowania, a nie zamiast niego, pilnie eksperymentować i w ten sposób zdobyć mocny fundament. To moje gorące pragnienie niemal równocześnie potwierdził nadzwyczaj znakomity list naszego drezdeńskiego przyjaciela, Brunona Pohla.
Nigdy nawet przez myśl mi nie przeszło, aby Pan sam, jako architekt — jeśli wolno mi tak powiedzieć — zechciał poświęcać swój cenny, ograniczony czas również elementarnym przygotowaniom budowy. Przeciwnie, przyłączyłbym się tylko do Pańskich czytelników, aby przeciw temu zaprotestować. Brak praktycznego doświadczenia, nie po Pańskiej stronie, lecz w całym kręgu czytelników, daje się teraz od razu dotkliwie odczuć wobec ważnej próby z pierścieniem, gdyż żadna relacja o podobnym doświadczeniu nie pozostawia nienaruszonego wrażenia „cudu”, z jego niebezpiecznymi konsekwencjami.
Przyznaję, że potraktowałem zbyt lekko ten fakt, zajmujący tak kłopotliwe miejsce w świecie zjawisk, ponieważ dla mnie i innych wskutek przyzwyczajenia stał się on prawdziwą błahostką. Teraz jednak dobrze rozumiem, jak ta drobnostka może wobec braku doświadczenia urosnąć do olbrzymich rozmiarów i wpędzić w dylemat nawet człowieka z nią obeznanego. Mam więc tutaj przyznać, że chodzi o „zręczną sztuczkę”, jeżeli nie potrafię naukowo wyjaśnić tego zdarzenia![3] Doprawdy — cóż w ogóle próbowano w tych zjawiskach wyjaśnić naukowo, według dawnej szkoły, nie powiększając przy tym ogromnie liczby przeciwników?
Nie mogę już nic dodać do mojego dowodu, że nie może tu być mowy o sztuczce z naszej strony. Jeżeli jednak panowie duchy spłatali figla i nadal go płatają, nie mogę za to odpowiadać. Próba z pierścieniem jest faktem — niewątpliwie twardym orzechem do zgryzienia — ale cóż ja na to poradzę, że nie dołączono dziadka do orzechów? Już przed dwoma laty chętnie chciałem, na wzór doktora Wegenera — por. s. 138 zeszytu marcowego z 1875 roku — uzyskać dwa drewniane pierścienie połączone ze sobą, lecz się to nie udało. Mimo to istnienie tajemniczej siły jest niewątpliwie ustalone, ale zamówień — przynajmniej na razie, jak się zdaje — nie przyjmuje się. To jednak, co zostało dostarczone, po pewnym odsianiu okazuje się autentyczne i niepodważalne.
To prawda, przyznaję, że pełny, gruby żelazny pierścień, przyniesiony przeze mnie, przy związanych nadgarstkach nie może w zwykły sposób otoczyć ramienia w ciągu 6–8 sekund; przy wszystkich jednak wprawiających w zakłopotanie zjawiskach z tej dziedziny można doprawdy powiedzieć: „w ten już nie tak niezwykły sposób” i tak dalej.
Aby raz jeszcze powrócić do tak pilnie potrzebnego praktycznego zajmowania się tą sprawą, pozwolę sobie zauważyć, że nie jest bynajmniej przyjemnie wciąż na nowo poddawać się egzaminowaniu w odniesieniu do faktów od dawna już rozstrzygniętych, gdy u podstaw tych egzaminów leży uprzedzenie, iż obserwacje były niedokładne. Sprawdźcie sami — a słowna potyczka ustąpi miejsca poważnej walce.
Nieliczne dowiedzione rzeczywiste oszustwa, obok wielu pozornych, wywołują obecnie wielkie poruszenie w naszym środowisku. Podejrzane okoliczności podczas zakłóconych seansów, brudna żądza zysku, tchórzliwa zdrada, diabelska złośliwość, ingerencja wszędzie czynnych jezuitów, a nawet samych złych duchów — wszystko to rywalizuje o pierwsze miejsce w uwadze oburzonych spirytualistów. Jest to kryzys przykry, lecz interesujący, wskazujący, że ruch wychodzi już z zacisznych zakątków spokojnych badaczy i zatacza szersze kręgi.
Na razie nasz wzrok zwróci się ku postawie francuskiego sądu, gdzie kilka mediów czeka przesłuchanie — a być może skazanie, zważywszy na barbarzyńską niewiedzę przesłuchujących. Wszyscy z napięciem oczekujemy wyniku, który prawdopodobnie zakończy się ledwie słyszalnym echem dawnych procesów o czary.[4]
Na zakończenie proszę pozwolić mi — zachęconemu Pańskim własnym przykładem oddzielania osoby od sprawy w sporze o prawdę — dodać jeszcze kilka słów dotyczących mojej odpowiedzi na artykuł doktora Hamma. Wobec żałosnych skutków, jakie ten atak wywarł na moją tutejszą pozycję, z trudem mogłem ukryć pewne wzburzenie. Skutków tych nie należy oczywiście przypisywać intencjom mojego przeciwnika; ich podstawą jest raczej niewiedza ogółu. Nieprawdę zamaskowaną w interesujący i pociągający sposób zawsze chętnie przyjmuje się w całości, zanim przystąpi się do jej sprawdzenia, a żądza plotek chciwie rzuca się na nową zdobycz, zwłaszcza po dłuższej przerwie. To smutne spostrzeżenie musiałem poczynić tutaj, w Manchesterze, mimo tak wielu rzekomych przyjaciół.
Teraz jednak poglądy nieco się zmieniają. Nie ośmiela się już tak łatwo przywoływać sztuczek iluzjonistycznych ani nawet pobudzenia nerwowego jako wyjaśnienia; atakuje się teraz same manifestacje, ponieważ „niezupełnie odpowiadają gustom”. Dotyczy to oczywiście pierwszych, surowych początków, na których napastnicy skupiają wzrok w swoim zakłopotaniu. Zabawne koziołki tak zwanych uczonych i handlarzy mądrością wobec coraz natarczywiej stającego przed nimi pytania są jednak nadzwyczaj ucieszne i podtrzymują moją siłę moralną wśród poniesionej klęski.
Wracając jednak do owego ataku, muszę dodać, że prywatne listy mojego przyjaciela, które nadeszły wkrótce potem, dostatecznie wyraźnie ukazały mi jego w gruncie rzeczy szlachetne usposobienie. Fanatyczne uprzedzenie wobec naszej sprawy całkowicie jednak przyćmiło to wrażenie, a zamieszczona pod koniec jego artykułu klasyfikacja tych, którzy pobłądzili, ostatecznie je zniweczyła.
Napisał mi między innymi, że chce uzyskać dostęp do prasy angielskiej, aby położyć kres temu procederowi. Przekazałem to redaktorowi „The Spiritualist” i nic nie mogło być mu bardziej pożądane. Drzwi chętnie otwierano tu i nadal otwiera się zarówno przyjaciołom, jak i wrogom — proszę więc wejść! Dotąd z utęsknieniem czekałem na wykonanie tego stanowczego zamiaru. Niekiedy obawiam się, że przerwa ma służyć jedynie zgromadzeniu nowego materiału, aby uczynić klęskę dotkliwszą. W takim wypadku, w interesie wyjaśnienia sprawy, chętnie zapomniałbym o własnej krzywdzie i jeszcze bardziej przyłożył się do powstrzymania szerzącego się nieszczęsnego zaślepienia.
Ostatnie bowiem słowa naszej rozmowy, których nie włączono do artykułu, brzmiały ze strony doktora H. następująco:
„Zbadam tę sprawę i jeśli tkwi w niej prawda, znajdzie Pan we mnie swojego człowieka; jeśli zaś nie, nie będę znał żadnych względów w zwalczaniu zgubnego oszustwa”.
Ucieszyła mnie ta stanowcza deklaracja i ze swojej strony zapewniłem o dokładnie takim samym nastawieniu. Jakże mało przeczuwałem wówczas, że nasza poufna rozmowa zostanie podana do publicznej wiadomości, a pierwszym wytworem badania — ściśle naukowego, jak miałem prawo przypuszczać — stanie się taki „utwór fantastyczny”!
Nasze twierdzenia opieramy na faktach wielokrotnie i ściśle zbadanych[5] i tego samego wymagamy od naszych przeciwników. Kroczymy pewnie pomiędzy szeregami tyranów wiary i wiedzy, trzymając się gruntu osobistego doświadczenia. Nikt, kto ma ten grunt pod stopami, nie ośmiela się kwestionować rzeczywistości wspomnianych zjawisk. Wrażenie cudowności zanika jednak i tutaj w miarę stopniowego odsłaniania się prawidłowości oraz wzajemnych związków tych zjawisk. Biedny zaś łowca cudów może ostatecznie szukać pożywki dla swojego upodobania już tylko w zabawnych wyjaśnieniach i przypuszczeniach niewtajemniczonych.
Pański oddany
Christian Reimers
2 Ducie Avenue, Oxford Rd.
Manchester, 31 maja 1875 roku.
Przypisy redakcji „Psychische Studien”
[1] Przypis redakcji: Odsyłamy przy tym także do naszych wcześniejszych wiadomości w tej sprawie, zamieszczonych w „Krótkich notatkach” zeszytu VIII, punkt b, s. 378, oraz w zeszycie X, s. 472: „Weiteres zur sog. Ringprobe” [„Dalsze uwagi o tak zwanej próbie z pierścieniem”]. ↩
[2] Przypis adresata: Szanowny autor tego artykułu sam przecież nie ma niczego poza słowem, aby przekonać nas do swojego poglądu. Dopóki zaś my i nasi czytelnicy, mimo wszelkich prób, sami nie doświadczamy niczego podobnego, musimy mieć przynajmniej prawo o tym teoretyzować, aby możliwość tak osobliwych faktów uczynić dla siebie choć trochę prawdopodobną. — Adresat. ↩
[3] Przypis redakcji: Nigdzie tego od Pana nie wymagano! Przez nasz przypis na stronie 544 zeszytu grudniowego z 1874 roku pragnęliśmy raczej uzyskać dowód czegoś przeciwnego niż zręczna sztuczka! — Redakcja. ↩
[4] Właśnie dlatego musimy tym bardziej domagać się ścisłych dowodów, których nie można zakwestionować. — Redakcja. ↩
[5] Pragniemy przede wszystkim jedynie tych wielokrotnie i ściśle zbadanych faktów, względnie ich dokładnego opisu. — Redakcja. ↩
Nota źródłowa
Christian Reimers, „Noch ein Wort zur Ringprobe” [„Jeszcze słowo o próbie z pierścieniem”], Psychische Studien. Monatliche Zeitschrift, vorzüglich der Untersuchung der wenig gekannten Phänomene des Seelenlebens gewidmet, red. Alexander Aksakow, rocznik II, zeszyt 12, grudzień 1875. Leipzig: Verlagsbuchhandlung von Oswald Mutze, 1875. List datowany: Manchester, 31 maja 1875. Końcowa część na s. 549–551; początek uzupełniono transkrypcją bez widocznej paginacji pierwszej strony.
Podstawa przekładu: dostarczona transkrypcja początku oraz trzystronicowy skan zakończenia. Obie części połączono w ciągły artykuł, scalając zdanie przechodzące na stronę 549. Zachowano wszystkie pięć przypisów; ich numerację ujednolicono na potrzeby publikacji. W transkrypcji pierwszego zdania występuje luka po słowie „meine”; zdanie oddano po polsku bez rekonstruowania brakującego rzeczownika. Odczyt nazwiska „Wegener” przyjęto z dostarczonej transkrypcji; nie sprawdzano go na skanie początku. Pominięto niezależny artykuł o krytyce powieści „Leben um Leben”, rozpoczynający się na stronie 551. Dane tytułowe rocznika pochodzą z dostarczonej wcześniej karty tytułowej.
Uwaga redakcyjna: Twierdzenia o przebiegu próby, duchach, przeciwnikach spirytualizmu i postępowaniu sądowym odzwierciedlają stanowisko autora listu. Tekst odsyła do wcześniejszych publikacji poświęconych próbie z pierścieniem, których nie weryfikowano niezależnie.