Dokładna obserwacja zjawiska materializacji ducha

Spirytyzm

Genaue Beobachtung der Materialisations-Erscheinung eines Geistes.

Autor: wielebny Thomas Colley, dawniej kapelan na okręcie Jej Królewskiej Mości „Malabar”, później administrator parafii w Portsmouth.1

Wstęp redakcyjny: Thomas Colley opisuje seans z udziałem dra Moncka i dra Donalda Kennedy’ego, podczas którego – według jego relacji – wystąpiły pismo na tabliczkach łupkowych, samoczynne ruchy dzwonka i ołówka oraz pojawienie się kobiecej postaci. Najwięcej uwagi poświęca jej wyłanianiu się z ciała medium i ponownemu zanikaniu. Poniższy przekład zachowuje pierwszoosobowy charakter świadectwa, interpretacje autora oraz motto zamieszczone w niemieckim wydaniu.

Motto:

Czy to, co nieśmiertelne, rozkwita na ziemi?
Czyż ziemia i niebo nie są złączone?
Tak, człowiek jest tu bramą ducha,
Przez niego niewidzialne wkracza w istnienie!

Właśnie doświadczyłem najcudowniejszego zjawiska materializacji, o jakim kiedykolwiek słyszałem lub jakie potrafię sobie wyobrazić. Dziś wieczorem o wpół do szóstej dr Donald Kennedy z Bostonu w Stanach Zjednoczonych wraz z drem Monckiem zaprosili mnie, abym towarzyszył im podczas naprędce zaimprowizowanego i umówionego telegramem seansu w domu przyjaciela pod Londynem.

Najpierw zasiedliśmy, tylko czterej mężczyźni, jak mam nadzieję w pełni trzeźwych zmysłów, do wstępnych manifestacji odbywających się przy świetle. Polegały one na piśmie na tabliczkach łupkowych w warunkach kontrolnych. Drowi Kennedy’emu polecono potajemnie zapisać pytanie na jednej tabliczce, a następnie mocno przywiązać ją do drugiej, umieszczając pomiędzy nimi kawałek rysika, aby niewidzialna siła mogła udzielić odpowiedzi ducha. Kiedy to uczyniono, tabliczki dodatkowo zawinięto w chusteczkę i na chwilę położono na dywanie w cieniu pod stołem. Podczas gdy wszystkie ręce pozostawały widoczne, wyraźnie słyszano odgłos pisania. Odpowiedź odpowiadała postawionemu pytaniu; dodano też wiadomość dla dra Kennedy’ego, stanowiącą swego rodzaju dowód sprawdzający, ponieważ odnosiła się do sprawy mającej dla niego prywatne znaczenie i osobistą wagę.

Następnie między kartkami książki umieszczono papier do pisania, a całość wraz z ołówkiem położono pod stołem. Dr Kennedy natychmiast postawił stopę na książce, aby mieć nad nią kontrolę. Samuel – duch kontrolujący dra Moncka – poprosił go wówczas o podanie numeru strony i konkretnego wiersza, który miał zostać zapisany. Wskazał na chybił trafił stronę dwudziestą, wiersz dziesiąty, i tajemnicze zdarzenie szybko się dokonało. Dr Kennedy zdjął stopę z książki, aby natychmiast ją podnieść. Zapis był dosłowny i poprawny. Znaleziono też kolejną wiadomość do dra Kennedy’ego, składającą się z pięćdziesięciu sześciu słów ponad trzynaście zapisanych w odpowiedzi na wskazaną stronę i wiersz. Wraz z pismem na tabliczkach i innym pismem bezpośrednim, o którym jeszcze wspomnę, dawało to sto cztery słowa w trzech zupełnie odmiennych charakterach pisma, przy czym każdy przekaz konsekwentnie zachowywał właściwy sobie charakter pisma.

Teraz zobaczono, jak mały dzwonek ustawiony na stole unosi się, przepływa ponad nim i zawisa w powietrzu, po czym przechyla się i kilkakrotnie dzwoni. Otoczyliśmy go, przesuwając ręce nad nim i wokół niego, aby całkowicie upewnić się, że nie podtrzymuje go włos, drut, nić ani ukryty magnes i że nie działa tu żaden podstęp z jakiegokolwiek miejsca poniżej. Dzwonek bowiem, w bezbożnym sprzeciwie wobec znanych praw, zachowywał się w żartobliwy sposób, zupełnie nie licząc się z nauką, i niestety całkowicie lekceważył to, czego należałoby po nim oczekiwać na podstawie prawa ciążenia.

Następnie ołówek leżący na papierze podniósł się, pochylił pod zwykłym kątem pisania i bez widzialnej ręki, która by nim kierowała, napisał zdanie złożone z pięciu słów. Czynił to ze znacznym naciskiem, widocznym w głębokiej czerni zapisu i wżynaniu się ostrza ołówka w papier. Zaskakująca szybkość, z jaką zapisano tych kilka słów, była zdumiewająca. Podarłem papier i położyłem go pod ołówkiem. Ten natychmiast sam uniósł się na swym ostrzu na odpowiednią wysokość, po czym poruszył się z elektryczną szybkością, w jednej chwili wykonując sześćdziesiąt osiem odrębnych ruchów potrzebnych do napisania tych pięciu słów.

Miała jednak nastąpić jeszcze inna próba pisania na tabliczkach. Złożono dwie tabliczki łupkowe, umieszczając między nimi odłamek rysika. Dr Kennedy, który wraz z drem Monckiem mocno opierał rękę na górnej tabliczce, zażądał pojawienia się słowa „Remember” – „Pamiętaj”. Kiedy tabliczki trzymano w ten sposób, wykluczający wszelką możliwość oszustwa, przed sześcioma bystrymi oczami i czujnymi uszami, gotowymi wykryć cokolwiek podejrzanego, ledwie wymówiono słowo, które miało zostać napisane, a już spod dłoni dra Kennedy’ego dobiegł odgłos pisania i zapisano słowo, o którym wcześniej wcale nie myślano!

Ponieważ pozostało nam jeszcze pół godziny, dołączyły do nas dwie panie z tego domu i zasiedliśmy do materializacji. Tylny pokój, oddzielony od przedniego dwuskrzydłowymi drzwiami – jedno skrzydło było zamknięte, drugie zaś częściowo osłaniała zasłona – stanowił gabinet, z którego niewiele korzystano. Dr Monck, pozostający pod kontrolą ducha „Samuela”, sam bowiem był przy świetle lampy – piszący te słowa siedział w odległości mniejszej niż łokieć od niego – jak wszyscy widzieli, żywą bramą, przez którą postacie duchów wychodziły ze sfery ducha do tego świata materii.

Kiedy stał tak wyraźnie przed nami, widzieliśmy, jak z jego lewego boku wyrasta postać psychiczna, czyli duchowa. Najpierw kolejno ukazało się kilka twarzy wielkiej piękności, które oglądaliśmy ze zdumieniem. Ponieważ pozwolono mi stać blisko medium, a nawet go dotykać, widziałem najwyraźniej, i to wielokrotnie, doskonale ukształtowaną twarz oraz wyraźnie kobiecą postać wyłaniającą się z dra Moncka w okolicy serca.

Po kilku próbach w pełni uformowana postać opuściła dra Moncka. Początkowo była mglista, lecz w miarę oddalania się od medium stawała się coraz gęstsza. Stanęła jako odrębna indywidualność w odległości dwóch lub trzech stóp, związana z nim delikatnym połączeniem podobnym do pajęczej nici. Na moją prośbę Samuel, sprawując kontrolę, sam przerwał je lewą ręką medium. I oto stała przed nami ucieleśniona postać duchowa o niewysłowionym wdzięku, ubrana w duchowo uprzędzioną szatę – ażurową sieć niebędącą dziełem śmiertelnych tkaczy, o niezrównanej miękkości i prawdziwie lśniącej, przejrzystej bieli.

Poproszono teraz także dra Kennedy’ego, aby podszedł bliżej i wraz ze mną jeszcze dokładniej przyjrzał się cudowi odrębnego istnienia postaci duchowej, oddzielonej od medium. Kiedy staliśmy tak, całą duszą wpatrując się w doniosły fakt duchowych narodzin ze śmiertelnego człowieka, dr Monck, wciąż pozostający w stanie zachwycenia, umieścił między nami pełnego wdzięku przybysza ze świata wewnętrznego. Każdy z nas podał mu ramię dla podparcia i razem z naszym delikatnym duchowym towarzyszem posunęliśmy się jeszcze kilka kroków w głąb pokoju.

Trzymając tymczasem dłoń duchowego ramienia spoczywającego na moim, wyczuwałem jej nadgarstek, wnętrze dłoni, palce i paznokcie. Pod każdym względem była to żywa ręka: odpowiadała na mój dotyk, uginała się pod naciskiem, miała naturalny ciężar, materialną substancję i wszystkie cechy właściwe ludzkiej istocie, poza tym jednak była wilgotna i zimna jak kamień. Przyszła mi wówczas do głowy myśl, że podobnie jak początkowo niewidzialna para po zagęszczeniu staje się widoczna jako mglista chmura, która po skropleniu w ciecz może ostatecznie przybrać stałą postać lodu, tak być może postać u mojego boku stała się widzialna i namacalna w dość podobnym procesie, z niewidzialnej i nieważkiej siły życiowej medium. Pod działaniem niezrozumianej jeszcze chemii wyższego życia zagęściła się do stanu mglistego, o którym wspomniałem przy jej pierwszym pojawieniu się, a następnie przeobraziła w pełną wdzięku istotę, którą podtrzymywaliśmy i uważnie oglądaliśmy.

Nie chcę jednak snuć teorii, lecz przejdę do szczytowego momentu najcudowniejszych zjawisk tego wieczoru.

Kiedy postać wreszcie zaczęła się wycofywać, pozwolono mi, jako na szczególny przywilej, który mógł spowodować wielkie osłabienie medium, towarzyszyć jej i iść z nią powoli oraz ostrożnie, aż ponownie znalazłem się tuż przy drze Moncku. Wciąż stał on przed nami w pełnym widoku, w stanie zachwycenia, czekając, aby przyjąć z powrotem ów cudowny eon, fantazmat czy emanację, którą musimy nazwać aniołem lub duchem.

Gdy postać zbliżyła się do niego, ponownie ukazała się pajęczynowata nić, której coraz cieńszy i zanikający koniec był, jak poprzednio, skierowany ku sercu. Zauważyłem, że za pośrednictwem tego subtelnego sznura postać psychiczna zdawała się być niejako wsysana z powrotem do ciała medium. Niczym lejkowata trąba wodna na morzu albo kolumna wirującego piasku, jaką widziałem w Egipcie – tyle że pozioma zamiast pionowej – wyższa siła życiowa dra Moncka zdawała się pochłaniać postać ducha i wciągać ją w siebie. Działo się to jednak tak stopniowo, że mogłem dokładnie obserwować cały proces.

Opierałem się bowiem o medium i podtrzymywałem je lewym ramieniem obejmującym jego plecy. Przycisnąwszy lewe ucho i policzek do jego piersi, słyszałem, jak serce bije w sposób niezwykle gwałtowny i niepokojący. Widziałem, jak przyjmuje z powrotem we własną osobę ów pełen wdzięku twór niewidzialnych sfer. Kiedy po raz ostatni spoglądałem na łagodne oblicze rozpływającego się ducha, z odległości trzech lub czterech cali od jego rysów, dostrzegałem jeszcze jego piękny wygląd, oczy, włosy i delikatną barwę skóry. Ucałowałem drobną dłoń, gdy rozpływała się w procesie wchłaniania, i widziałem, jak anielskie oblicze znika i przemija, gdy rzeczywiście wciągano je w pierś medium.

Przyglądając się tak dokładnie, ze świętą trwogą i zapierającym dech zainteresowaniem, obserwowałem zatem odejście naszej przyjaznej anielskiej postaci. Przez żywą bramę i wejście do najgłębszego wnętrza samego medium śledziłem z niewysłowionymi uczuciami kolejne etapy jej odchodzenia, gdy przez żywy organizm i ciało dra Moncka powracała do swej ojczyzny w niewidzialnych sferach.

Londyn, wtorek, 25 września 1877 roku.

Przypis redakcji oryginału

1 Zaczerpnięto z „The Spiritualist”, nr 267 z 5 października 1877 r. – Redakcja. Powrót do tekstu.

Nota źródłowa

Thomas Colley, „Genaue Beobachtung der Materialisations-Erscheinung eines Geistes” [„Dokładna obserwacja zjawiska materializacji ducha”], „Psychische Studien. Monatliche Zeitschrift, vorzüglich der Untersuchung der wenig gekannten Phänomene des Seelenlebens gewidmet”, rocznik IV, zeszyt 12, grudzień 1877, s. 544–548. Tekst datowany: Londyn, 25 września 1877 r. Według przypisu redakcji wcześniejszą publikację stanowi „The Spiritualist”, nr 267 z 5 października 1877 r.; tego wydania nie porównywano niezależnie. Przekład z niemieckiego na podstawie udostępnionego skanu; miesiąc i rok wydania potwierdza także załączony nagłówek czasopisma. Opracowanie obejmuje cały artykuł Colleya, bez sąsiadujących z nim tekstów innych autorów.