Autor: William Q. Judge
Wstęp redakcyjny: W rozprawie odczytanej przed Towarzystwem Teozoficznym w Nowym Jorku William Q. Judge przedstawia swoją drogę od zainteresowania spirytyzmem do przekonania o istnieniu magii. Opisuje doświadczenia, które interpretuje jako widzenie na odległość, ukazywanie się sobowtóra, oddziaływanie myślą oraz materializację idei. Główną rolę przypisuje woli i samodzielnej pracy człowieka. Poniższy przekład zachowuje osobisty charakter jego świadectwa.
Rozprawa odczytana przez Williama Q. Judge’a, Esq., przed Towarzystwem Teozoficznym w Nowym Jorku.1
Od zainteresowania spirytyzmem do filozofii hermetycznej
Przed utworzeniem Towarzystwa Teozoficznego nigdy nie byłem na seansie spirytystycznym ani nie widziałem żadnej tego rodzaju manifestacji duchowej w kręgach seansowych. Odkąd zaś się zorganizowaliśmy, uczestniczyłem tylko w dwóch seansach, z których jeden był autentyczny, drugi nieautentyczny, i widziałem zatem nie więcej niż trzy lub cztery tak zwane manifestacje duchowe. Na krótko przed powstaniem naszego Towarzystwa gorliwie starałem się zbadać twierdzenia spirytyzmu i poznałem kilku jego zwolenników, a później również panią Blavatsky i pana George’a H. Felta.
Wkrótce potem Towarzystwo rozpoczęło działalność. Jego celem, wyrażonym na pierwszym zebraniu przy Irving Place, było dalsze studiowanie zagadnień objętych krótkim wykładem pana Felta, wygłoszonym w mieszkaniu pani Blavatsky. Moja wiedza o tych sprawach była jednak wówczas tak ograniczona, że łatwo można ją określić jednym słowem: niewiedza. Wstąpiłem do Towarzystwa, aby badać to samo, co zbadał pan Felt, i, jeśli to możliwe, poznać równie wiele jak on, wierząc, że Towarzystwo jako zbiorowość może bardzo się do tego przyczynić. Ponieważ zaś teorie pana Felta i podawane przez niego fakty dawały nadzieję na wyjaśnienie nie tylko wielu tajemnic naszego ospałego życia codziennego, lecz także wszystkich zjawisk spirytyzmu, łatwo zrozumieć, że jeśli owe teorie i fakty były rzeczywiste, mój cel musiał mieć niezmierne znaczenie i doniosłość.
Wiedziałem wówczas jedynie, że starożytni Egipcjanie posiadali osobliwe sztuki i wiadomości, które mógłbym studiować; nie wiedziałem jednak, że studia te można również prowadzić w sposób praktyczny.
Od tamtego czasu znalazłem jednak powody, aby zmienić zdanie.
Przekonałem się, że Towarzystwo jako zbiorowość – podobnie jak każde inne stowarzyszenie – jest jedynie miejscem, w którym podejmuje się własny wysiłek, a nie miejscem, gdzie można oglądać cuda dokonywane przez jedną lub wiele osób.
Doszedłszy do przekonania, że własny wysiłek jest jedyną drogą do wiedzy, zacząłem samodzielnie studiować odkrycie pana Felta i muszę wyznać, że jego wartość jest niewysłowiona, a tajemnicza głębia ogromna. Niepostrzeżenie zostałem jednak skierowany ku badaniu filozofii hermetycznej. W toku tych badań uświadomiłem sobie prawdę, że hermetyści posiadali całą tę wiedzę już we wcześniejszych epokach i rozwinęli ją w ogromnym zakresie. Miałem przed sobą równie dobre dowody istnienia i mocy magów jak te, którymi dysponujemy w odniesieniu do manifestacji duchowych. Zadawałem sobie pytania: „Czy takie rzeczy mogą istnieć? Czy istnieją magowie lub czarownicy? Czy magia jest czymś więcej niż bajką?”. Jedynym sposobem znalezienia odpowiedzi było wypytywanie tych, którzy występowali z takimi twierdzeniami, zbadanie ich zapewnień, rozważenie ich racji i sprawdzenie ich dowodów. Badanie to wykazało, że stali oni na pewnym gruncie eksperymentu i opierali swoje teorie na faktach.
Postawa spirytystów w toku ich rozwoju nie jest taka, aby mnie zadowalała. Chociaż mają przed sobą dowody, że współcześni ludzie opanowują i wywołują te same cuda, których oni są jedynie widzami w swoich kręgach seansowych, pozostają bierni i nie starają się ani czynić tego samego, ani wyjaśnić, jak to się dzieje.
Nasz filozof hermetyczny twierdzi natomiast, że dokonuje tego wszystkiego siłą własnej woli, bez pomocy swoich zmarłych przyjaciół.
Twierdząc, że jego dusza jest częścią nieznanej duszy boskiej, nie widzi nic niestosownego w przypisywaniu jej takich samych mocy, a gdy jego twierdzenie zostaje potwierdzone eksperymentem, jest zadowolony.
„Cóż więc – zapytają państwo – uczynił pan i co pan widział?”. Otóż ani nie uczyniłem wiele, ani wiele nie widziałem, jednak zobaczono i zrobiono wystarczająco dużo, aby przekonać mnie, że istnieje coś takiego jak czary i że istnienie czarowników nie jest bajką.
Koncentracja, widzenie i doświadczenia sobowtóra
Zacząłem od tego, że codziennie przeznaczałem pewien czas, zawsze o tej samej godzinie, na spokojne położenie się samotnie w pokoju i skupienie myśli na określonym miejscu, w miarę możliwości w tym samym pokoju, z pragnieniem udania się tam w duchu i zobaczenia znajdujących się tam rzeczy lub osób tak, abym zachował wyraźne wspomnienie tego, co ujrzałem. Początkowo, o ile mogłem ocenić, nie odnosiłem w tym większych sukcesów. Pewnego dnia jednak, kiedy siedziałem spokojnie w pokoju, zobaczyłem przed sobą wyraźnie trzy wiersze tekstu z gazety; zniknęła ona jednak, zanim zdołałem je przeczytać.
Innym razem leżałem w głębi pokoju, plecami do okna, kiedy nabrałem wyraźnego przekonania, że widzę horyzont, i zauważyłem, że niebo na zachodzie jest bardzo żółte. Okazało się to zgodne z rzeczywistością. Przez cały ten czas czuwałem i byłem świadomy swojego cielesnego istnienia.
Jeszcze innym razem leżałem w tym samym pokoju z oczami zakrytymi chusteczką, kiedy ujrzałem samego siebie spoglądającego na afisz z datami i nazwami miejsc, wiszący na ścianie całkowicie poza zasięgiem mojego wzroku. Kiedy zaś przy innej okazji siedziałem przed ścianą działową i celowo oddawałem się koncentracji, zobaczyłem wyraźnie przy zamkniętych oczach dywan w sąsiednim pokoju.
Wszystko to wydarzyło się na jawie; podczas nocnego snu przemierzałem jednak dzięki silnemu pragnieniu i woli znaczne odległości. Gdy pewnego razu przebywałem w New Jersey, przybyłem do tego miasta, odległego stamtąd o 60 mil angielskich, i ukazałem się przyjaciołom w domu pani Blavatsky. Do jej domu często wędrowałem w duchu.
Pewnego wieczoru położyłem się u pani Blavatsky z zamiarem sprawdzenia, czy potrafię wyjść poza swoje ciało. Po kilku minutach, jak mówili obecni, bardzo głośno chrapałem, lecz moje własne odczucia były zupełnie inne. Nie zauważyłem żadnej przerwy w świadomości ani chwili senności. Wydawało mi się, że czuwam i wstałem, aby wyjść do przedpokoju; na oczach miałem chusteczkę, tak jak ją sobie zarzuciłem, kładąc się. Próba usunięcia tej przeszkody nie powiodła się. Wyszedłem więc do przedpokoju, gdzie zdawało mi się, że widzę swoje ciało idące do kuchni. Tam gwałtownym wysiłkiem zrzuciłem chusteczkę, po czym natychmiast znalazłem się z powrotem w miejscu, w którym się położyłem, słuchając śmiechu tych, którzy słyszeli moje niemuzykalne chrapanie.
W tym miejscu muszę przyjąć świadectwo innych. Mówią oni, że podczas gdy moje ciało chrapało, widzieli mojego sobowtóra, czyli simulacrum, „sein lecca”2, czy jakkolwiek zechcą państwo nazwać ów widzialny wizerunek będący moim dokładnym podobieństwem, jak szedł w stronę kuchni.
Innym razem udałem się do pokoju oddalonego o dwa pomieszczenia od tego, w którym siedział pułkownik Olcott3. Położywszy się na łóżku, skupiłem myśli na pokoju, który dopiero co opuściłem, i przez cały czas trzymałem oczy zamknięte. Wkrótce zacząłem odczuwać coś w rodzaju podwójnej świadomości. Wyraźnie czułem pod sobą łóżko, ale zarazem słyszałem mówiącego Olcotta, jak gdyby znajdował się w tym samym pokoju; byłem pewny, że przebywam z nim w jednym pomieszczeniu. Pani Blavatsky zapytała wówczas pana Olcotta, czy widzi mnie siedzącego na tej samej sofie, którą opuściłem przed kilkoma minutami. Oświadczył, że jest to moje materialne ciało, a chcąc tego dowieść, przyszedł do drugiego pokoju i znalazł tam przed sobą – materialne ciało. W tym czasie powróciłem już do pełnego i całkowitego władania tym ciałem i wstałem tylko po to, aby wyjść razem z nim. Już następnego dnia, kiedy siedziałem u siebie w ciemnym pokoju i celowo myślałem o pułkowniku Olcotcie, znalazłem się w jego pokoju, a on twierdzi, że rzeczywiście tam byłem.
Pewnego wieczoru, kiedy w podobny sposób siedziałem samotnie w pokoju, ujrzałem przed oczami twarz mojej małej córeczki z lekko zaognionym zadrapaniem na lewej kości policzkowej. Natychmiast zszedłem po schodach, aby ją zobaczyć, i zastałem ją śpiącą w kołysce, bez żadnego zadrapania. Jednak następnego ranka po śniadaniu przypadkowo zraniła się w policzek dokładnie w tym samym miejscu i w taki sposób, jak to widziałem.
Wiem teraz, że spirytyści powiedzą: „Och, jest pan medium; jest pan z natury jasnowidzący”. Zaprzeczam jednak temu, z wyjątkiem owego daru jasnowidzenia, który jest właściwy każdemu człowiekowi. Do dziś nigdy nie przejawiałem żadnych zdolności mediumicznych i żadna z tych rzeczy nie wydarza się bez bezpośredniego wysiłku woli z mojej strony. Twierdzę, że wywołuje je we mnie moja wola, oddziałująca na postrzeganie mojej duszy, mimo że u niektórych osób zachodzą one mimowolnie.
Oddziaływanie myślą
A teraz przejdźmy do innego rodzaju eksperymentów. Narzucanie innym swoich myśli wydawało mi się dobrą próbą. Korzystałem więc z każdej sprzyjającej okazji, jaka się nadarzała, i często nagradzało mnie powodzenie. Wielokrotnie jedna lub dwie osoby, których wcześniej nie magnetyzowałem, doskonale odczuwały, że kieruję ku nim myśli, nawet z daleka. Nieraz też zmuszałem swoje dziecko do wykonywania pewnych drobnych czynności, jedynie patrząc na nie i nakazując mu w myślach, co ma zrobić. Często doprowadzałem do tego, że ktoś powtarzał zdanie niemające związku z prowadzoną przez niego rozmową.
Pewien człowiek był mi winien pieniądze i nie przychodził, aby zapłacić zgodnie z umową.
Pewnego dnia wstałem z postanowieniem skłonienia go do tego. Przez piętnaście minut kierowałem się myślą ku miejscu, w którym mógł przebywać, i nakazywałem mu, niejako przemocą, aby przyszedł i zapłacił mi określoną część należności. Następnego dnia zjawił się u mnie i zapłacił tę sumę. Z odpowiedzi na moje pytania wynikało, że dokładnie w czasie, kiedy podejmowałem eksperyment, nagle o mnie pomyślał, wyszedł, aby ściągnąć należność z pewnego rachunku i móc mi zapłacić, a zamiar ten mu się powiódł.
Wysiłkiem woli można na dowolną odległość rzutować małe lub duże plamy światła i sprawiać, że stają się widoczne. Często ukazują mi się one same; niekiedy, gdy pewne osoby zamierzają mnie odwiedzić, zwłaszcza jeżeli jest to ich jedyny cel, nagle pojawia się jedna lub kilka świetlistych plam. Wyglądają jak odsłonięte rozbłyski światła, całkowicie okrągłe, a jednak skryte – tak jak gdyby przez zasłonę zaciągniętą przed jasnym światłem co pewien czas przemykał przez otwór cienki promień, po czym otwór natychmiast by się zamykał. U każdej osoby różnią się one kolorem lub wyglądem, tak że potrafię nawet określić, do kogo należy widziana plama. Nasi członkowie mogą to łatwo potwierdzić. Jedną z tych osób jest pan Felt, inną pan Gustam. Opowiem o jednym przypadku związanym z tym drugim panem.
Pewnego dnia szedłem Broadwayem, kiedy nagle rozbłysła przede mną duża, szeroka plama światła. Wiedziałem wówczas, że ktoś przyjdzie albo bezpośrednio do mnie, albo później do mojego biura. Wróciłem po półgodzinie i zastałem w biurze tego pana, który przybył dokładnie w chwili, gdy zobaczyłem światło. Oczywiście nie przesądzało to jeszcze sprawy. Nic nie powiedziałem cierpliwie czekającemu gościowi ani nie zapytałem go, kiedy przyjdzie ponownie. Po kilku dniach znów zobaczyłem to samo światło, zanotowałem godzinę, wróciłem do biura i zastałem tam tego samego człowieka, który przybył o zapisanej przeze mnie porze.
Pewnego dnia w dużej sali pełnej ludzi siedziało dwóch moich przyjaciół. Jeden był nieco bardziej sensytywny od drugiego, lecz obaj cieszyli się doskonałym zdrowiem. Przybyłem późno, bez ich wiedzy, wejściem znajdującym się z tyłu sali i usiadłem tam, gdzie nie mogli mnie zobaczyć, nie odwracając się. Zacząłem skupiać myśli na jednym z nich, mniej sensytywnym, i stopniowo przestawałem widzieć i słyszeć otoczenie. Po mniej więcej piętnastu minutach ten, o którym nie myślałem, zaczął niespokojnie się poruszać i zdawał się denerwować, a po dłuższej chwili drugi odwrócił się i zobaczył, że na niego patrzę.
Ten zatem, o którym nie myślałem, odczuł wpływ jako pierwszy i powiedział, że wywołało to u niego silne zdenerwowanie. Daję słowo honoru, że nigdy wcześniej nie podejmowałem tego eksperymentu z tą osobą.
Mamy tu przykład tego, że wpływ staje się całkowicie obiektywny i ogarnia pierwszy sensytywny obiekt, który znajdzie się na jego drodze. Otwiera to pole do przypuszczeń o wielkich możliwościach.
W „Strange Story” („Dziwnej historii”) Bulwera zapytano Margrave’a, czy nakłonił szaleńca do zamordowania sir Philipa Dervala. Odpowiedział, że chciał, aby coś się stało, i to się stało, chociaż osoby, która tego dokonała, nie wezwano do tego bezpośrednio i w istocie nawet o tym nie myślała. Jakże to przerażające, jeżeli jest prawdą – i jakaż wzniosłość, a zarazem groza, w tym tkwi! Starożytni mówią niekiedy: „Myśli są duszami. Myśli są obiektywne i stają się niejako żywymi istotami”.
Gdybyśmy tylko zechcieli próbować, moglibyśmy tak rozwinąć zdolność porozumiewania się na wielką odległość, że choć nie byłoby widać żadnej istoty, można byłoby usłyszeć głos. Prawdą jest też, że potrafią to robić ludzie najbardziej niewykształceni, choć nie umieją usłyszeć tego, co mówi do nich ktoś inny. Próbowałem tego z człowiekiem rozwiniętym na tyle, że słyszał wszystko, co mówiłem, podczas gdy ja nie miałem zdolności usłyszenia odpowiedzi.
„Do czego – zapytają państwo – ma to wszystko prowadzić?”. Do tego, że jest to droga pozwalająca uczynić początek. Jest to droga, od której według czarowników muszą państwo zacząć. Dosyć jest na tym świecie rzeczy świadczących, że posiadamy ogromne siły. Jest to siła tego samego rodzaju co ta, która porusza stół lub materializuje węża. Jeżeli więc stwierdzamy, że w zakresie, do którego doszliśmy, owi dawni filozofowie mają rację, to mamy również niemałe podstawy, by wierzyć we wszystko, co mówią. Jeżeli zaś co do reszty znajdujemy dowody w dokonaniach innych, wówczas jesteśmy w pełni usprawiedliwieni, a ich twierdzenia zostają w zasadniczej mierze potwierdzone.
Materializacja idei i niezwykłe dźwięki
Niektórzy powiedzą: „Nigdy nie widziałem niczego podobnego”, inni zaś, spirytyści, będą utrzymywać, że tylko duch może coś zmaterializować. Otóż słowo „materializacja”, tak jak go używam, nie ma oznaczać materializacji ducha, lecz materializację idei.
Kiedy czarownik sprawia, że pojawia się wąż, namacalny i żywy, o rzeczywiście złowrogim spojrzeniu i wrogim syku, uznaję go za możliwe zagęszczenie emanacji martwego węża albo za możliwe zagęszczenie idei węża. Przed pewnym czasem przebywał tutaj człowiek, który znajduje się obecnie po drugiej stronie Atlantyku. Pewnego dnia, wskazując na serwetkę leżącą na stole jadalnym, powiedział: „Zdaje się, że coś tam jest pod spodem”. Kiedy podniesiono serwetkę, leżała tam zwinięta kobra, z pozoru rzeczywista, gotowa rzucić się na każdego z jadowitym zębem. Po krótkim czasie jednak rozpłynęła się i zniknęła. Innym razem człowiek ten wziął cienki, czarno zabarwiony nóż do papieru, pozbawiony jakichkolwiek znaków, i przesuwał po nim dłonią tam i z powrotem. W jednej chwili pojawiło się na nim drukowane ogłoszenie istniejącej firmy z odległego miasta. Wydarzyło się jeszcze wiele innych rzeczy, o których nie ma potrzeby tutaj wspominać. Wystarczy jednak powiedzieć, że twierdził, iż dokonywał tego siłą woli.
Możliwe jest nie tylko rozmawianie z kimś mieszkającym daleko od nas, lecz także przekazywanie sobie znaków, takich jak dzwonienie dzwonków czy tony muzyczne. Mogę zapewnić, że wielokrotnie słyszałem dzwonki rozbrzmiewające w powietrzu, kiedy obecni byli państwa prezes i osoby jemu podobne. W pokoju nie było żadnego dzwonka. Mogę przysiąc, że dźwięk dochodził z punktu, który zdawał się znajdować w powietrzu między mną a ścianą; raz czy dwa wydawało się też, że są to połączone lub harmonijnie zestrojone tony dwudziestu dzwonków. Jednocześnie czułem na skórze osobliwe łaskotanie wywoływane przez prąd magnetyczny. Dźwięk był srebrzysty i wyraźny, nie miał jednak tej samej siły, jaką miałby dzwonek rozbrzmiewający w pobliżu. Czym więc to było? Sądzę, że sygnałem z odległego miejsca.
Przy kilku innych okazjach w tym samym miejscu słyszałem wyraźnie słodkie tony pozytywki. Nie było jej w pokoju. Nie było też takiego instrumentu w okolicznych domach. Dźwięk stawał się coraz głośniejszy, potem zaś zanikał, aż słychać go było jedynie jakby z oddali – zupełnie tak, jak słyszy się muzykę orkiestry pułkowej maszerującej przez pola odległe o ćwierć mili. Tego samego wieczoru, stojąc w pokoju zebrań pani Blavatsky, słyszałem powracającą urywanymi falami muzykę, całkowicie wyraźną i o najwspanialszym brzmieniu.
Samodzielna praca i siła woli
Musimy pracować samodzielnie. Korzystajmy z Towarzystwa jedynie jako ze sceny, na której dokonuje się postęp, a nie jako z opiekuna. Tylko w ten sposób będziemy posuwać się naprzód.
Drążmy własne studnie, sporządzajmy opis własnych dusz, a nie będziemy potrzebować elementarnego stukania stolików ani zwodniczych i niedorzecznych przekazów z drugiej strony owych tajemniczych wrót, u których progów stoimy.
Wiele nieudanych prób należy przypisać wyłącznie słabości woli. Wzmacniajcie zatem wolę i unikajcie takich błędów.
Wierzę w magię i czarowników i pragnąłbym, aby również państwo w nich wierzyli.
Przede wszystkim jednak wierzę we własną nieśmiertelną duszę, która nosi w sobie wszystkie dary i moce boskiego Nieznanego, z którego wzięła swój początek.
Przypis redakcji oryginału
1 Wydawca, jako członek korespondent tego Towarzystwa, otrzymał odpis niniejszej rozprawy wraz z zawiadomieniem sekretarza, że został zwolniony z obowiązku zachowania tajemnicy. – Redakcja. Powrót do tekstu.
Uwagi redakcyjne do przekładu
Śródtytuły dodano dla ułatwienia lektury; nie występują w oryginale.
2 Określenie zapisane w niemieckim druku jako „sein lecca” pozostawiono w brzmieniu źródłowym, bez rozstrzygania jego znaczenia. Powrót do tekstu.
3 Niemiecki tekst podaje „Colonel (Hauptmann) Olcott”. W przekładzie oddano stopień „Colonel” jako „pułkownik”; dodane w źródle „Hauptmann” oznacza „kapitana” i nie jest równoważnym stopniem. Powrót do tekstu.
Nota źródłowa
William Q. Judge, „Giebt es eine Magie und Zauberer?” [„Czy istnieją magia i czarownicy?”], „Psychische Studien. Monatliche Zeitschrift, vorzüglich der Untersuchung der wenig gekannten Phänomene des Seelenlebens gewidmet”, rocznik IV, zeszyt 5, maj 1877, s. 193–201, dział I: „Historisches und Experimentelles”. Według podtytułu rozprawa została odczytana przed Towarzystwem Teozoficznym w Nowym Jorku. Przekład z niemieckiego na podstawie udostępnionego skanu; załącznik obejmuje cały artykuł. Data wygłoszenia i nazwisko tłumacza na język niemiecki nie zostały podane w udostępnionym tekście.