Zjawa na zamku W.
Eine Erscheinung in dem Schlosse W. – list nadesłany do redakcji „Magikonu”.
W tej dziewiętnastowiecznej relacji rodzinny zamek nad Neckarem, portret odsunięty z galerii przodków i odgłosy słyszane w zamkniętym archiwum prowadzą do odkrycia w dawnym sklepieniu. Poniżej pełny przekład opowieści.
Przekład
Drogi Przyjacielu! Zawsze z przyjemnością czytam Pański Magikon. Jest mi tym bliższy, że kilka doświadczeń z własnego życia przekonało mnie o istnieniu świata duchów i o tym, jak często wkracza on w nasze ziemskie życie. Proszę pozwolić, że prześlę Panu tę krótką opowieść do jednego z następnych zeszytów.
Działo się to w rodowym zamku mojego dziadka, pięknie położonym nad brzegiem Neckaru. Spędziłam tam niejeden radosny dzień młodości. Okazały rycerski gmach zamieszkiwali zwykle tylko stary leśniczy i jego żona. Latem przyjeżdżał tam na kilka dni, czasami na parę tygodni, mój dziadek lub inni członkowie rodziny.
Przednia część zamku była nowsza, a jej komnaty urządzono dostatnio. Tylne budynki, stary mur obronny, wysoka wieża, liczne mury okólne i międzymurza oraz dawna kaplica zamkowa zachowały jeszcze wygląd minionych czasów rycerskich. Jak wiele dawało to młodej wyobraźni powodów do rozmyślań o życiu dam zamkowych i szlachetnych rycerzy! Każdy wyjazd dziadka w interesach do zamku G., w którym wolno mi było mu towarzyszyć, był dla mnie świętem.
Podczas gdy dziadek rozmawiał z leśniczym i znajomymi, którzy przybyli wraz z nami, ja przemierzałam stare korytarze. Godzinami spoglądałam z porośniętego wspaniałym bluszczem ganku w zieloną dolinę Neckaru. Na polach krzątali się żniwiarze, a rzeką przepływały statki. Gdy już dość się namarzyłam, wymykałam się do kuchni, gdzie żona leśniczego przygotowywała posiłek. Siadałam na stołeczku przy wielkim palenisku i zasypywałam ją prośbami, by opowiadała niezwykłe historie, których znała bardzo wiele. Jej przodkinie również wychowały się na zamku: jedne były pokojówkami dawnych szlachcianek, inne – podobnie jak ona – żonami leśniczych lub urzędników.
Szczególnie zajmowała mnie opowieść o pewnej pięknej kobiecie, choć leśniczowa znała ją tylko we fragmentach. Kobieta żyła w nieszczęśliwym małżeństwie. Według miejscowej opowieści jej duszę obciążało morderstwo, a przynajmniej wiedza o nim. Była to jednak tajemnica rodzinna; również leśniczowa dowiedziała się czegoś o niej jedynie przypadkiem.
W starym archiwum wisiał zachwycający portret. Leśniczowa wyjawiła mi, że przedstawia ową nieszczęsną kobietę i właśnie dlatego usunięto go z rodzinnej galerii portretów mojego dziadka, znajdującej się w jednej z sal. Od tej pory jeszcze częściej chodziłam do archiwum. Lubiłam samo jego urządzenie. Siadałam na krześle z wysokim, rzeźbionym oparciem naprzeciw niemal czarodziejskiego obrazu. Kobieta patrzyła na mnie przenikliwymi, czarnymi oczami, niemal jak żywa. Wokół jej głowy opadały bujne brązowe loki. W przeciwieństwie do innych przodkiń z portretów nie miała sztywno upudrowanej ani splecionej fryzury; cały jej strój wydawał się niezwykły.
Jakże chętnie wypytałabym ją o ciemne i nieszczęśliwe losy! Nieraz modliłam się o spokój jej duszy.
Do archiwum schodziło się krętymi schodami w wąskiej wieży. Schody biegły od najwyższego poziomu zamku aż do sklepienia przypominającego piwnicę. Na kolejnych piętrach prowadziły z nich ciężkie stare drzwi. Kiedy wchodziłam do archiwum, zwykle zamykałam drzwi od środka. Lubiłam w spokoju oglądać jego zbiory i prowadzić poszukiwania. Miałam nadzieję, że pośród licznie nagromadzonych tam dawnych listów rodzinnych dowiem się czegoś więcej o pięknej kobiecie z portretu.
Pewnego razu poszukiwania zajęły mnie aż do południa. Zegar na wieży wybił dwunastą. Wtedy wyraźnie usłyszałam kroki schodzące krętymi schodami. Pomyślałam, że to poczciwa leśniczowa idzie zawołać mnie na obiad: tylko ona wiedziała, gdzie jestem. Spokojnie czekałam, aż kroki się zbliżą.
Ku mojemu zdumieniu usłyszałam również brzęk pęku kluczy. Drzwi, które zamknęłam od wewnątrz, zaskrzypiały w zawiasach. Do środka coś weszło z szelestem ciężkich jedwabnych szat. Poczułam, jak obok mnie przepływa zimny powiew. Serce niemal stanęło mi ze strachu, bo choć słyszałam te odgłosy, nie mogłam dostrzec nikogo.
To coś przeszło aż przed obraz, tak blisko, że niemal poczułam dotyk jedwabnych szat. Potem zawróciło ku drzwiom. Usłyszałam, jak zamyka je od zewnątrz, a następnie kroki oddalające się po krętych schodach. Ucichły dopiero w najniższym sklepieniu. Wokół mnie zapadła śmiertelna cisza.
Sama byłam niemal martwa ze strachu. Do dziś nie wiem, skąd wzięłam odwagę, by wyjść z archiwum i wejść po tych nieznośnych, ciasnych schodach. Na górze pobiegłam do kuchni. Leśniczowa niosła właśnie wazę z zupą do stołu. Na mój widok o mało jej nie upuściła.
– Dziecko, co się pani stało? Jak pani wygląda! – zawołała.
Drżąc i z trudem dobierając słowa, opowiedziałam jej o wszystkim. Poczciwa staruszka uśmiechnęła się tylko i rzekła:
– Boże drogi, dziecko, powinnam była ostrzec panią, żeby nigdy nie zostawała tam na dole do dwunastej. Ale tak to już bywa, kiedy człowiek chce być zbyt ostrożny. Nie chciałam pani straszyć, a jednak musiała pani sama tego doświadczyć. Ja przeżyłam to już ponad dziesięć razy, a nawet coś więcej. Biedna pani codziennie o tej godzinie odbywa swój obchód. O pewnych porach roku nie tylko ją słychać, lecz widać także białą postać. Sama widziałam ją dwukrotnie zeszłej zimy. Za każdym razem przeszedł mnie lodowaty dreszcz i wypowiedziałam trzy święte imiona. Nikomu nic złego nie robi. Przyzwyczailiśmy się już do niej i prawie nie zwracamy uwagi, gdy w południe słychać, jak przechodzi górnym korytarzem ku krętym schodom.
Leśniczowa opowiedziała mi następnie o starej ciotce, która twierdziła, że nieraz nocą odczuwała obecność nieszczęsnej szlachcianki. Postać miała dać jej do zrozumienia, że pragnie wspólnej modlitwy. Ciotka odpowiedziała jednak: „Odejdź ode mnie, szatanie!”, po czym zjawa już się jej nie ukazywała.
– Szczególnie daje o sobie znać w piwnicznym sklepieniu u stóp schodów – ciągnęła leśniczowa. – Dawniej urządzano tam pranie, ale praczki skarżyły się na rozmaite psoty. W końcu żadna nie chciała już pracować w sklepieniu, więc pralnię trzeba było przenieść. Mój mąż słyszał też, że kobietę pochowano właśnie tam na dole i nie może zaznać spokoju, ponieważ nie spoczywa w poświęconej ziemi.
W tej chwili dziadek niecierpliwie zawołał nas na zupę. Gdy mnie zobaczył, również dostrzegł, jak bardzo jestem przejęta. Z właściwą sobie dobrocią zapytał, czy nie jestem chora. Miałam zbyt wiele na sercu, by milczeć. Opowiedziałam mu o zdarzeniu i spytałam, czy nie mógłby zrobić czegoś, aby biedna dusza znalazła spokój.
Rozgniewał się. – Niedorzeczności! Bzdury! – powiedział. Mruczał jeszcze o podrażnionych nerwach i wybujałej wyobraźni. Radził mi, abym chodziła raczej na świeżym powietrzu, zamiast siedzieć w starym pokoju, gdzie zamknięte powietrze musi niepokojąco działać na nerwy.
Umilkłam. On także, mimo gwałtownego sprzeciwu, pozostał poważny. Zanim odjechaliśmy, zauważyłam, że długo rozmawiał z leśniczym i wydał mu jakieś poufne polecenie.
Dopiero w następnym roku znów ujrzałam ukochany zamek. Po tamtym zdarzeniu dziadek unikał zabierania mnie ze sobą, a ja nie miałam odwagi go o to prosić. Kiedy ponownie spotkałam leśniczową, opowiedziała mi, co się wydarzyło.
Jeszcze tego samego wieczoru dziadek polecił jej mężowi otworzyć i oczyścić stare sklepienie oraz sprawdzić, czy nie kryje się tam grób. Leśniczy wykonał polecenie w następnych dniach. Po dokładnym zbadaniu sklepienia znaleziono w jego kącie, pod płaskim kamieniem, szkielet kobiety, a obok niego szkielet małego dziecka. Oba pochowano po cichu na cmentarzu przy kaplicy, wśród innych grobów rodzinnych.
Stało się to o zmierzchu, by nie wzbudzać zainteresowania. Leśniczy i jego żona odmówili nad grobem „Ojcze nasz”. Tej nocy kobieta ukazała się im obojgu jako jasna, piękna postać. Trzymała na rękach śliczne dziecko i nie miała już brzęczącego pęku kluczy. Od tej pory – jak mówili – zaznała spokoju: nikt jej więcej nie widział ani nie słyszał.
Opowieść wzruszyła mnie do łez. W głębi duszy czułam, że w pewnym sensie przyczyniłam się do zapewnienia biednej duszy spoczynku. Dziadek nakazał jednak zachować o wszystkim ścisłe milczenie. Nie mógł zaprzeczyć temu, co odkryto, lecz być może nie chciał także przyznać przed sobą, że cała historia była prawdziwa. W mojej rodzinie nigdy więcej o niej nie rozmawiano. Dopiero lektura Pańskiego Magikonu, w którym znajduje się tyle podobnych historii, przywołała ją w mojej pamięci jako niezwykłe wspomnienie z młodości.
F. v. J.
Nota źródłowa
F. v. J., „Eine Erscheinung in dem Schlosse W.” [„Zjawa na zamku W.”], Magikon, 1850, s. 83–88. Przekład z niemieckiego na podstawie skanu rocznika. Tekst zaczyna się na s. 83 po zakończeniu poprzedniego artykułu. W tytule zamek oznaczono literą W., a w narracji literą G.; oba oznaczenia zachowano zgodnie z oryginałem.