Nawiedzona plebania w Zaisersweiher

Historie

Nawiedzona plebania w Zaisersweiher. Skargi pastorów z lat 1715–1738

Ten materiał z „Magikonu” jest zbiorem dawnych pism dotyczących plebanii w Zaisersweiher: korespondencji konsystorza, prośby pastora o przeniesienie, jego opisu strat i dolegliwości, listu poprzednika oraz opinii dziekana. Dzięki temu można prześledzić zarówno opowieść o rzekomym nawiedzeniu, jak i sposób, w jaki w XVIII wieku rozpatrywano takie skargi.

Przekład

W 1716 roku ówczesny pastor w Zaisersweiher, magister Schmid, zwrócił się do konsystorza z prośbą o przeniesienie. Twierdził, że w domu niepokoją go i wyrządzają mu szkody duchy. Konsystorz przychylił się do prośby i w zamieszczonym niżej zarządzeniu (dokumenty 1a i 1b) zaproponował, by pastor Fischer z Simmozheim zamienił się z nim parafiami. Fischer najwyraźniej się nie zgodził: jeszcze w tym samym roku Schmid zamienił się miejscami z diakonem Kißlingiem. Kißling przeniósł się później do Wimsheim. Ponieważ pozostał w Zaisersweiher do 1734 roku, musiał mieć względny spokój od duchów.

W 1735 roku jego następcą został magister Sohling. Wkrótce również on doświadczył, jak twierdził, uciążliwych zjawisk. Zwrócił się więc do konsystorza o przeniesienie i poprosił poprzednika o potwierdzenie skargi. Od Sohlinga pochodzą zamieszczone niżej akta (dokumenty 2–5), które przytaczamy jako osobliwość. Wygląda jednak na to, że duchy nie miały już wówczas oficjalnego uznania władz kościelnych: Sohling pozostał w Zaisersweiher aż do śmierci w 1776 roku.

Podobno również później zauważano na plebanii różne podejrzane rzeczy. Dopiero gruntowna przebudowa budynku zdaje się w końcu wypędziła przeciwnika. Jak dziś odpowiedziałyby nasze władze kościelne, gdyby pastor wystąpił całkiem serio z podobną skargą na duchy, a dziekan – wbrew Thomasiusowi i filozofii – poparł jego słowa?

1. Zarządzenie książęcego konsystorza z 21 stycznia 1717 roku

a) Do zwierzchnika kościelnego w Knittlingen

„Eberhard Ludwig przesyła pozdrowienie. Czcigodny i wierny sługo! Z przedstawionych przez was i przez naczelnika okręgu Maulbronn sprawozdań dowiedzieliśmy się, że niepokój wywoływany przez ducha na plebanii w Zaisersweiher trwa nadal i że tamtejszy pastor prosi o inne stanowisko. Polecamy wam zapytać go, czy byłby skłonny zamienić się parafią z magistrem Fischerem, pastorem w Simmozheim należącym do okręgu Calw. W tej sprawie napiszemy również do zwierzchnika kościelnego w Calw. Odpowiedź pastora przekażcie książęcemu konsystorzowi”.

b) Do zwierzchnika kościelnego w Calw

„Pamiętamy, że magister Johann Fischer, pastor w Simmozheim, prosił o inną posadę. Parafia w Zaisersweiher, należąca do okręgu Knittlingen, może wkrótce się zwolnić. Polecamy więc zapytać go, czy byłby gotów ją objąć. Wprawdzie od pewnego czasu na tamtejszej plebanii, lecz nigdzie indziej, słyszano hałasy przypisywane duchowi, jednak po zmianie mieszkańców mogą one ustąpić. Odpowiedź przekażcie niezwłocznie naszemu książęcemu konsystorzowi”.

2. Prośba pastora Sohlinga

Zaisersweiher, 5 maja 1738 roku. Tamtejszy pastor, magister Christian Gerhard Sohling, najpokorniej prosi o zmianę miejsca służby. Twierdzi, że na plebanii zarówno ludzie, jak i zwierzęta są straszliwie dręczeni przez czary – nie tylko odkąd sam tam mieszka, co poświadcza załącznik A, lecz również od wcześniejszych lat, o czym mówi załącznik B. Poniesione szkody mają sięgać około stu florenów. Do podania dołączono opinię dziekana.

„Najjaśniejszy Książę, Najłaskawszy Władco i Panie!

Od chwili, gdy łaskawie zatwierdzono mnie na tutejszej parafii, wraz z żoną i naszym biednym bydłem doznaję straszliwych udręk przypisywanych czarom. Poniosłem już wielkie szkody. Nie pozostaje mi inny sposób, jak – wzorem mojego poprzednika, magistra Schmida, obecnie pastora w Wimsheim, który doświadczał tu tych samych udręk, co wyjaśniają dołączone pisma – prosić o przeniesienie.

Jeśli nie można oczekiwać innej pomocy, grozi mi zupełna ruina. Mój majątek jest niewielki, a uposażenie tutejszej parafii skromne. Nawet nasze życie znajduje się, jak sądzimy, w niebezpieczeństwie. Lęk i utrapienie nas wyniszczają. Błagam zatem Waszą Książęcą Wysokość, aby raczyła wybawić nas z tej niedoli przez przeniesienie do innej, spokojniejszej plebanii w dolnej części kraju.

W tej miejscowości nie ma dla nas odpowiedniego mieszkania. W małym ratuszu nauczyciel musi pomieścić swoją szkołę, a większość pozostałych domów to niskie, gliniane chaty. Jeśli Wasza Książęca Wysokość zechce uwzględnić poniesione przeze mnie straty i lepiej mnie uposażyć, zachowam za to wdzięczność do końca życia. Jeśli nie byłoby to możliwe, proszę przynajmniej, by moje warunki nie uległy pogorszeniu.

Z najpokorniejszym oddaniem – magister Christian Gerhard Sohling, pastor w Zaisersweiher, okręg Maulbronn”.

3. Załącznik A: opis udręk i szkód według pastora Sohlinga

Krótka wiadomość historyczna o bolesnych cierpieniach i wielkich szkodach, które magister Christian Gerhard Sohling, pastor w Zaisersweiher, musi znosić na plebanii wskutek czarów.

„Od trzech lat służę jako zatwierdzony pastor tutejszego kościoła i mieszkam na jednej z najnędzniejszych plebanii. Świadczy o tym sprawozdanie budowniczego Wehhinga, który przed rokiem obejrzał dom na łaskawe polecenie władz. Najgorsze jednak jest to, że ani ludzie, ani zwierzęta nie zaznają tu chwili spokoju, cierpią dotkliwe udręki i ponoszą wielkie szkody.

Ledwie mieszkaliśmy w tym domu przez kwartał, moją żonę ogarnął tak straszliwy lęk, że nie wiedziała, gdzie znaleźć sobie miejsce. Często musiała wstawać o północy i zapalać światło. Rano znajdowała na ciele ciemnoniebieskie ślady wielkości talara, pośrodku których widać było wyraźnie odciski ludzkich zębów. Sprawiały jej dotkliwy ból. Trwało to długo; jeszcze w tym samym roku zapadła na chorobę tak ciężką, że co godzinę spodziewaliśmy się jej śmierci.

Gdy jej stan się poprawił, przyszła kolej na drób, częściowo kupiony, częściowo przez nas odchowany. Pewnej nocy straciliśmy osiemnaście sztuk z zamkniętego domu i kurnika, zaledwie kilka godzin po karmieniu, gdy wszyscy jeszcze czuwali. Nie usłyszeliśmy krzyku ani nie znaleźliśmy nawet pióra. Gołębie, które przed chwilą żwawo dziobały pokarm na podwórzu, padały martwe na naszych oczach, kiedy próbowały wzlecieć do gołębnika. Nie będę wspominał o dalszych stratach wśród ptactwa.

Straciliśmy także osiem owiec, które częściowo przywieźliśmy ze sobą, a częściowo odchowaliśmy już tutaj. Co zastanawiające, trzech lub czterech dużych kotów nie dało się od nich odpędzić, dopóki zwierzęta jeszcze żyły. Koty wydawały przeraźliwe odgłosy przez całą noc. W krótkich odstępach straciliśmy również trzy ule pszczół: po południu pszczoły latały żwawo, lecz rano znajdowaliśmy je martwe.

Przez długi czas ukrywaliśmy nasze cierpienia, ponieważ niczego nie widzieliśmy ani nie słyszeliśmy. Aż pewnej nocy między jedenastą a dwunastą obudził nas straszliwy łoskot: jakby coś spadło przez komin w kuchni na palenisko. Wstrząsnęło to całym domem. Kiedy zajrzeliśmy do kuchni, palenisko było pełne sadzy. Niczego więcej nie dostrzegliśmy ani nie usłyszeliśmy. Ten wypadek skłonił nas do szukania pomocy.

Wkrótce potem nasze bydło zaczęło, jak to odbieraliśmy, doznawać straszliwych udręk. Z sierści można było zgarniać wodę i pianę. Najpierw zniknęła połowa mleka, potem nie było go już wcale. Gdy zwierzę prowadzono do wodopoju lub wracało z pastwiska, nie chciało wejść do obory. Poza tym było żwawe, lecz podczas dojenia niemal padało z nóg. Musieliśmy kupić kolejną sztukę bydła, ponieważ nie odnosiliśmy już żadnego pożytku z pierwszej, a gospodarstwo wymagało utrzymania. Nowe zwierzę również po kilku dniach pobytu w oborze przestało dawać mleko i już szósty miesiąc pozostaje bez pożytku.

Po raz trzeci zmieniliśmy miejsce trzymania bydła. Z konieczności urządziliśmy dla niego oborę w pomieszczeniu przeznaczonym wcześniej na spiżarnię, gdyż w domu nie było innego miejsca. Wszystko na próżno. Gdy okadziliśmy dom i oborę środkami otrzymanymi od weterynarzy upoważnionych przez władze, przez całą noc trwały hałasy. Wydawało się nam, że coś biega po schodach w górę i w dół, lecz niczego nie widzieliśmy. Byliśmy tak przerażeni, że nie wiedzieliśmy, co robić.

Dwudziestego listopada zeszłego roku także ja, pastor, zostałem dotkliwie udręczony przez najróżniejsze robactwo. Trwało to niemal kwartał. Wyciągano je z mojej skóry, sprawiając mi wielki ból; nie miałem przez nie spokoju w dzień ani w nocy.

Dwudziestego czwartego marca tego roku, gdy między siódmą a ósmą wieczorem mieliśmy jeść kolację, tuż za oknem pokoju, w którym siedzieliśmy, rozległ się tak potężny łoskot, że ze strachu nie mogliśmy do siebie przemówić. Gdy trochę doszliśmy do siebie, przeszukaliśmy całe otoczenie, ale niczego nie zobaczyliśmy ani nie usłyszeliśmy. Dom zatrząsł się, jak gdyby miał runąć nam na głowy. Do dziś nie zaznajemy spokoju. Kiedy wstajemy rano, czujemy się, jakby nas śmiertelnie pobito, i przez dłuższy czas prawie nie możemy się poruszać.

Oto zauważone przez nas straty i koszty: osiem owiec – 17 florenów i 30 krajcarów; trzy ule – 9 florenów; drób kupiony i odchowany – 5 florenów i 30 krajcarów; wynagrodzenie weterynarzy oraz lekarstwa – 28 florenów. Szkodę poniesioną w związku z trzema sztukami bydła oceniam bardzo ostrożnie na co najmniej 40 florenów.

Poświadczam przed Bogiem, zgodnie z moim obowiązkiem, że wszystko to jest najzupełniejszą prawdą. Jestem gotów zdać ustną sprawę z każdego punktu, gdzie i kiedy tylko będzie to wymagane. Niech Pan się nad nami zlituje. Skoro użyte dotąd zwykłe i dozwolone środki nie pomogły, niech okaże swą wielką moc, zetrze diabła i jego stronników pod naszymi stopami, a także wskaże nam błogosławionych pomocników, którzy w tym wielkim utrapieniu wesprą nas radą i czynem.

Magister Christian Gerhard Sohling, pastor w Zaisersweiher”.

4. Załącznik B: list dawnego pastora Schmida

List magistra Schmida o udrękach doświadczonych przez niego na tej samej plebanii.

„Wielce szanowny i uczony Kolego!

Pański list doręczono mi przez Öschelbronn w ubiegłą sobotę wieczorem. Ze zdumieniem przeczytałem o Pańskiej niedoli. Współczuję tym bardziej, że podczas mojego pobytu w Zaisersweiher doświadczałem podobnych rzeczy. Na Pańską prośbę opiszę więc kilka okoliczności z tamtego okresu.

Niepokój na plebanii rozpoczął się 1 listopada 1715 roku, w dzień comiesięcznej pokuty i modlitwy, około ósmej wieczorem. Rano wygłosiłem kazanie o późnej skrusze, zgodnie z zaplanowanym tematem De poenitentia. Po kolacji siedzieliśmy jeszcze przy stole, gdy coś uderzyło w drzwi kuchenne, jakby ktoś je kopnął. Pomyśleliśmy, że może kryje się tam ktoś mający złe zamiary. Wzięliśmy światło i sprawdziliśmy kuchnię, gabinet oraz pomieszczenie przy sieni. Służąca przeszukała również strych, poza zamkniętymi pokojami. Kiedy czekaliśmy przy schodach kuchennych, rozległo się ponowne uderzenie, mocniejsze od poprzedniego. Niczego nie odkryliśmy, więc wróciliśmy do pokoju.

Wkrótce usłyszeliśmy kroki na strychu. Znów poszliśmy sprawdzić, wołając jednocześnie sąsiadów. Gdy razem weszliśmy na strych do jednego z pomieszczeń, znaleźliśmy otwartą okiennicę z kratą. Sąsiadka krzyknęła, że złodziej właśnie przeskakuje płot. Dwóch młodych parobków pobiegło za nim, lecz poza odgłosem nie dostrzegli niczego.

W sobotnią noc poprosiliśmy sąsiedniego parobka, by czuwał. Około drugiej nad ranem usłyszał, jak otwiera się zasuwa drzwi wejściowych. Sprawdziliśmy dom z dwoma sąsiadami, ale niczego nie znaleźliśmy.

W następną niedzielę, podczas nauki dla dzieci, troje moich najstarszych dzieci – z których najstarsze miało około dziesięciu lat – poszło z trojgiem dzieci sąsiadów do ustępu. Najstarsze zamknęło za sobą drzwi. Natychmiast dzieci usłyszały, że ktoś szarpie za zasuwę i mocno uderza w drzwi. Gdy dziewięcioletnia córka sąsiada zapytała, kto tam jest, zobaczyła w niewielkim półokienku postać mężczyzny, który machał do niej rękami. Wszystkie dzieci tak się przeraziły, że zaczęły krzyczeć. Moje dzieci były tak roztrzęsione, iż kiedy matka zapytała je o przyczynę krzyków, nie mogły jej poznać.

Tego wieczoru, po dzwonie wieczornym, znów dwa razy uderzono w kuchnię. Kiedy na plebanii czuwało czterech mężczyzn, niczego więcej nie dostrzeżono. W poniedziałek w nocy z podwórza dobiegł jeden czy dwa odgłosy, jakby ktoś rąbał drewno. Drzwi kuchenne, choć stróże za każdym razem je zamykali, otworzyły się kolejno trzy razy. Pomijam inne hałasy rozlegające się w różnych miejscach domu.

Innym razem słyszeliśmy ze spiżarni na dole dźwięk, jakby ktoś siekał mięso. Nad pokojem rozległy się kroki tak ciężkie, że pomieszczenie drżało. Gdy odwiedził nas pastor z Schützingen, dwa razy zabrzmiało coś, jakby naręcze drewna rzucono na piec w gabinecie. Po sprawdzeniu stwierdziliśmy, że kuchnia była zamknięta, a drewno leżało na swoim miejscu.

Pewnej sobotniej nocy pisałem w gabinecie kazanie na niedzielę Invocavit. Właśnie zanotowałem słowa: «Po to objawił się Syn Boży, aby zniweczyć dzieła diabła» (1 J 3,8), gdy usłyszałem, jakby kot drapał w górę i w dół po drzwiach komory. Potem przy pulpicie rozległ się huk, jakby rozpadł się na pół. Obejrzałem pulpit, skrzynkę i ławkę, lecz niczego nie znalazłem. Usiadłem i wróciłem do kazania. Wtedy przy regale rozległ się szelest przypominający trzepot ptasich skrzydeł, po czym taki trzask, jakby cały regał runął. Wszystko jednak stało na swoim miejscu.

Innej nocy coś przedostało się nawet do pokoju i rozwiązało wstążki kołyski. Moja żona to zauważyła, bo w komorze mieliśmy dziecko leżące przy kratach. Sięgnęła po dziecko i zawołała o pomoc. Gdy przybiegliśmy, dziecko było odkryte, ale nikogo przy nim nie było.

Moja matka, mająca ponad 73 lata i bardzo schorowana, była miotana w łóżku tam i z powrotem. Ledwie uniknęła wyrzucenia na podłogę i z trudem zdołała się z niego wydostać. Służąca doznała tak silnego ucisku, że leżała później przez osiem czy dziesięć dni w łóżku i wykrztuszała wielkie ilości krwi.

Również nas dotykało to uciskiem – raz w piersi, raz w boku – a kiedy indziej gorącem, strachem i niepokojem około południa. Nie wiedzieliśmy, co o tym myśleć. Trwało to aż do naszego wyjazdu, wraz z wieloma innymi zdarzeniami. Niepokój panował również w oborze. Bydło pociło się, jakby polano je wodą, i co rano biegało po oborze uwolnione z łańcuchów. Straty w zwierzętach oraz inne koszty przekroczyły 150 florenów.

Niech Pan wejrzy również na Pańską niedolę i łaskawie odwróci to zło. Pozostaję z serdecznym pozdrowieniem – oddany sługa i pastor w Wimsheim, magister Schmid.

Wimsheim, 22 kwietnia 1733 roku”.

5. Opinia dziekana z Knittlingen

„Najłaskawszy Książę i Panie!

Pastor Sohling z Zaisersweiher kilkakrotnie przedstawiał mi na piśmie i ustnie godny pożałowania stan tamtejszej niebezpiecznej plebanii, opisując niezwykłe okoliczności. Potwierdzają to również dokumenty dawnych pastorów z okolicy. Budynek zawsze uchodził za miejsce nieczyste i niebezpieczne, chociaż spośród jego mieszkańców jedni cierpieli z tego powodu bardziej niż inni.

Nie wiadomo, skąd bierze się to zło. Doświadczenie uczy jednak, że im więcej pracowitości, wierności i gorliwości okazuje duchowny w służbie i im mocniej występuje przeciw królestwu ciemności, tym silniej jest przez nie nękany. Obecny pastor nie szczędzi wysiłków w pełnieniu swych obowiązków. Należy ubolewać, że z powodu swej gorliwości doznał już tyle lęku i poniósł tyle szkód, zwłaszcza że ma niewiele środków i niewiele może stracić. W miejscowości nie ma też budynku, który można byłoby wynająć lub przystosować na mieszkanie pastora.

Moim pokornym zdaniem należałoby ulżyć mu przez łaskawe przeniesienie na lepszą posadę. Plebania jest stara i zniszczona; być może jej przebudowa usunęłaby to zło, jak podobno zdarzało się gdzie indziej.

Wiem dobrze, jak Christian Thomasius i Jacob Brunnemann chcieliby filozofować o podobnych sprawach. Wielu ludzi jednak doświadczyło skutków takich zjawisk i o nich świadczyło, choć nie potrafili ich z góry pojąć ani dowieść. Nie można przecież podawać w wątpliwość wszelkich ludzkich świadectw.

Z najgłębszym uszanowaniem – magister Johann David Speidel, dziekan w Knittlingen. 6 maja 1738 roku”.

Tę historię z plebanii w Zaisersweiher podał Württembergisches evangelisches Kirchenblatt, numer 37, rocznik siódmy, z 19 września bieżącego roku. W 1609 roku, czyli 107 lat wcześniej, podobna historia miała wydarzyć się w samej prałaturze w Maulbronn. Skłoniła władze do interwencji; opisaliśmy ją na podstawie oryginalnych akt w Blätter aus Prevorst.

W odniesieniu do Zaisersweiher niezwykłe jest to, że zjawiska miały utrzymywać się później i – wedle mojej wiedzy – były dostrzegane jeszcze w 1795 roku. Ojciec obecnego prałata Fabera, pastor w Zaisersweiher w 1795 roku i później, również się na nie skarżył, o czym wiedzą jego żyjące jeszcze dzieci. Nie występowały już jednak na dawną skalę.

Sprawozdanie dziekana z Knittlingen zawstydza moim zdaniem stanowisko niejednego współczesnego dziekana. Trafnie i rozsądnie powiada on: „Wiem dobrze, jak Christian Thomasius i Jacob Brunnemann chcieliby filozofować o podobnych sprawach. Wielu ludzi jednak doświadczyło takich zjawisk i o nich świadczyło, choć nie potrafili ich z góry pojąć ani dowieść. Nie można przecież podawać w wątpliwość wszelkich ludzkich świadectw”.

– K. –

Nota źródłowa i redakcyjna

„Spukgeschichte im Pfarrhaus zu Zaisersweiher, Oberamts Maulbronn (Württemberg)” [„Historia nawiedzenia plebanii w Zaisersweiher”], Magikon. Archiv für Beobachtungen aus dem Gebiete der Geisterkunde und des magnetischen und magischen Lebens, t. 4, Stuttgart 1850, s. 140–151; skan rocznika. Artykuł zawiera przedruk lub opracowanie materiału z Württembergisches evangelisches Kirchenblatt oraz końcowy komentarz podpisany „- K. -”. Przekład zachowuje pięć jednostek dokumentacyjnych i porządkuje archaiczne formuły urzędowe bez zmiany sensu.

W wydrukowanym liście pastora Schmida widnieje data „22 kwietnia 1733”, choć wprowadzenie przedstawia list jako potwierdzenie skargi Sohlinga z 1738 roku. Zachowano datę ze skanu; ta niespójność chronologiczna wymagałaby sprawdzenia w pierwotnych aktach. W opisach pastora i dziekana słowa „czary”, „duchy” oraz „królestwo ciemności” oddają ich własne interpretacje zdarzeń. Kwoty podano w ówczesnych florenach i krajcarach.