Uleczenie cierpienia związanego z opętaniem za pomocą zabiegów magnetycznych już w 1666 roku
Johannes Beaumont w swoim traktacie o duchach, przełożonym w 1721 roku na język niemiecki przez Thomasiusa, pisze na stronie 145 o człowieku nazwiskiem Greatrix, który już w 1666 roku uzdrawiał chorych za pomocą zabiegów magnetycznych. Wspomina tam o drukowanym liście Greatrixa do pana Boyle’a, w którym człowiek ten opisuje swoje zabiegi magnetyczne, zwłaszcza podczas leczenia demoniczno-magnetycznego cierpienia, jakim miało być opętanie. Co znamienne, zarówno zastosowane przez niego zabiegi, jak i ich skutek były zupełnie takie same jak te, które w najnowszych czasach sami często obserwowaliśmy w przypadkach podobnego cierpienia. We wspomnianym liście pan Greatrix pisze następująco:
„Szanowny Panie, mam nadzieję, że wybaczy mi Pan, iż opowiem o własnych doświadczeniach i o tym, do jakich przekonań mnie one doprowadziły. Muszę przyznać, że spotykałem cierpiących, którzy — podobnie jak ci opisani nam przez uczniów Jezusa — wydawali mi się opętani przez rozmaite złe duchy: nieme, głuche i przemawiające. Ja sam oraz inni obecni widzieliśmy i musieliśmy uznać, że z jednej osoby wypędzano kolejno różne złe duchy. Być może każdy z nich odzywał się, kiedy podchodził do gardła, zanim wyszedł. Gdy tylko wyszedł ostatni, osoba ta odzyskiwała pełne zdrowie i pozostawała zdrowa.
Byli wśród nich cierpiący, którzy na sam mój widok — choć wcześniej mnie nie znali — natychmiast padali na ziemię. Mogą to poświadczyć jako naoczni świadkowie burmistrz Worcesteru, pułkownik Bird, pułkownik Wilde oraz wiele setek ludzi zarówno w Worcesterze, jak i tutaj, w Londynie, a także w innych miejscach. Wielu, usłyszawszy mój głos, doznawało tak osobliwych udręk, że nikt z obecnych nie mógł uznać ich stanu za coś innego niż opętanie.
Przytoczę przypadek pewnej osoby w Jockhouse, przy którym obecni byli pan Johann Hinton, pułkownik Talbot i wiele innych osób. Miała ona w sobie coś, co nagle wzdymało jej ciało tak bardzo, jak gdyby miało pęknąć. Gdy tylko przykładałem rękę do nabrzmiewającej części jej ciała, przemieszczało się to ku gardłu albo w inne miejsce. Gardło puchło jej wówczas niemal dwukrotnie, tak że omal się nie udusiła. Następnie traciła wzrok i mowę oraz zaczynała się pienić.
Niekiedy przemieszczało się to do jej dłoni, paraliżowało ją i zaciskało tak mocno, że ani pan Hinton, ani pan Talbot, ani żaden inny spośród obecnych, którzy tego próbowali, nie byli w stanie całą swoją siłą rozewrzeć choćby jednego palca. Często przesuwałem to aż ku językowi, prowadząc dłonią po zewnętrznej stronie jej ciała, przez ubranie, w górę aż do gardła. To w jednej chwili ponownie puchło tak bardzo, że można było wręcz zobaczyć, jak przemieszcza się z jednego miejsca do drugiego. W końcu następowały tak gwałtowne odruchy dławienia, że kobieta niemal się dusiła, a oczy wychodziły jej z orbit. Trwało to, dopóki owo coś ostatecznie z niej nie wyszło; potem kobieta odchodziła zdrowa.
Czy była to choroba naturalna, pozostawiam osądowi każdego — teologa, filozofa czy lekarza. Mógłbym przytoczyć jeszcze czterdzieści równie osobliwych, a nawet osobliwszych przykładów!”
Niżej dodaje jeszcze:
„Kiedy zamierzałem udać się do pewnego miasta w Irlandii, przyszło do mnie wielu ubogich ludzi cierpiących na rozmaite choroby. Dwoje spośród nich miało padaczkę. Gdy tylko mnie ujrzeli, natychmiast dostali napadu. Kiedy jednak położyłem na nich ręce, od razu odzyskali przytomność. Podążałem za ich dolegliwościami, przemieszczającymi się z jednego miejsca ciała do drugiego, dopóki całkowicie ich nie opuściły”.
Tak oto przed 275 laty stosowano zabiegi magnetyczne w przypadkach tego rodzaju demoniczno-magnetycznego cierpienia. Współcześnie widziałem, jak przy podobnych dolegliwościach wykonywano je z równie pomyślnym skutkiem. Zgodność tę można dostrzec, czytając moją niewielką rozprawę:
Wiadomość o występowaniu opętania, demoniczno-magnetycznego cierpienia, oraz o znanym już w starożytności jego leczeniu za pomocą oddziaływania magiczno-magnetycznego, w liście otwartym do pana naczelnego radcy medycznego dra von Schellinga w Stuttgarcie, Stuttgart i Augsburg 1836,
w której opisano, jak również w najnowszych czasach przeprowadzano w podobnych przypadkach zabiegi magiczno-magnetyczne.
Po stwierdzeniu, że oprócz magicznego zaklinania za pomocą modlitwy należy wykonywać ruchy magnetyczne od dołu ku górze, na stronie 22 czytamy dalej:
„Podczas takiego postępowania u cierpiących wkrótce pojawia się parcie ku górze, a w końcu gwałtowne odruchy dławienia. Zabiegi kontynuuje się z coraz większą stanowczością, wskutek czego parcie ku górze i dławienie nieustannie się nasilają.
Zabieg magnetyczny połączony z zaklinaniem stosuje się przede wszystkim wobec tej części ciała, w której demon ma swoją siedzibę. Jeśli przemieści się stamtąd do innej części, jego poprzednie miejsce zostaje niejako zamknięte przez zaklinanie i zabieg, aby nie mógł już do niego powrócić. Gdziekolwiek w ciele cierpiącego demon się przemieści, podąża się za nim za pomocą zaklinania i zabiegów magnetycznych — polegających często jedynie na mocnym przyciskaniu dłoni do danego miejsca, na przemian z pociągnięciami ku górze — dopóki nie przesunie się coraz wyżej i w pomyślnym przypadku, wśród najgwałtowniejszego parcia i dławienia skierowanego ku górze, ostatecznie nie wyjdzie, i tak dalej”.
Któż nie rozpozna tutaj w pełni zabiegów magnetycznych stosowanych już w dawnych czasach przez owego Greatrixa w podobnych demoniczno-magnetycznych cierpieniach?
Przypis źródłowy
„Heilung des Leidens des Besessenseyns durch magnetische Manipulation schon im Jahre 1666”, Magikon, 1842, t. II, s. 389–392.