Śniący metafizyk. Polemika „Magikonu”

Sny

Śniący metafizyk. Polemika „Magikonu” z Kantem o świecie duchów

Der träumende Metaphysiker

W 1766 roku Immanuel Kant wydał Marzenia pewnego wizjonera objaśnione przez marzenia metafizyki, książkę napisaną pod wpływem doniesień o Emanuelu Swedenborgu. Autor artykułu z „Magikonu” powraca do tego dzieła po kilkudziesięciu latach. Czyta je z wyraźną sympatią dla relacji o duchach i z przekonaniem, że Kant zbyt łatwo odsunął świadectwa doświadczenia. Poniżej pełny przekład tej historycznej polemiki.

Przekład

Królewiecki filozof Kant, godny jednakowego szacunku jako myśliciel i człowiek, napisał przed laty rozprawę zatytułowaną Marzenia pewnego wizjonera objaśnione przez marzenia metafizyki. Ukazała się ona po raz pierwszy anonimowo w 1766 roku u Hartknocha w Rydze i Mitawie. Powyższy tytuł podsunął mi tytuł jego książki, a nie lekceważenie jej autora. W przedmowie Kant wyjaśnia, co skłoniło go do napisania rozprawy. Przedstawia się przy tym jako bezstronny sceptyk i badacz – na tyle, na ile może nim być metafizyk zamknięty we własnym systemie. Zaznacza zarazem, że zdecydowały o tym przede wszystkim natarczywe prośby znanych i nieznanych przyjaciół oraz pojawienie się i lektura obszernego dzieła, czyli pism Swedenborga. Dodaje, że jego rozprawa, jak sobie pochlebia, całkowicie zadowoli czytelników stosownie do natury przedmiotu: najważniejszego nie zrozumieją, w inne rzeczy nie uwierzą, a z pozostałych będą się śmiali.

Wcześniej Kant przyznał rację wierzącym w jednym względzie, pytając, któryż filozof nie wyglądał kiedyś głupio, rozdarty między zapewnieniami rozumnego i przekonanego naocznego świadka a wewnętrznym oporem nieprzezwyciężonego zwątpienia. Następnie wyznaje, że był na tyle prostoduszny, iż próbował dociec prawdziwości niektórych opowieści tego rodzaju. Dodaje jednak: „Nie znalazłem nic” – jak zwykle tam, gdzie nie ma czego szukać. Cóż, to, czego po tej stronie zapewne szukał bez większego wysiłku, po tamtej stronie niewątpliwie znalazł.

Pierwszy rozdział pierwszej, dogmatycznej części nosi tytuł „Zawiły węzeł metafizyczny, który można wedle upodobania rozplątać lub przeciąć”. Kant mozoli się w nim nad definicją ducha. Tymczasem sprawę łatwo byłoby rozstrzygnąć, gdyby nie próbować definiować go czysto logicznie, lecz zestawić metafizykę z obrazową księgą natury. Pełno tam rzeczy duchowej natury: sił, których istoty nie widać, a które mimo to działają z wielką mocą. Powietrze i jego odmiany, wiatr, przyciąganie i odpychanie magnetyczne oraz elektryczne, wszystkie ukryte siły materii – czyż nie są to niejako nieświadome duchy, które można porównać z duchami obdarzonymi świadomością?

Najlepiej tłumaczy to język potoczny. Mówi się o „duchu” wina i wszelkich napojów spirytusowych; oznacza on coś na podobieństwo piany lub gazu, niewidzialnego mieszkańca swojego naczynia, który wyzwala się przez fermentację bądź zapłon.

W odniesieniu do człowieka Kant myli i miesza ducha z duszą. Są to dwie różne rzeczy. Duch pozostaje związany z duszą, dopóki człowiek żyje na ziemi, lecz nie ma kształtu ani nie zajmuje przestrzeni. Dusza ludzka ma natomiast kształt i przestrzenną postać; może stać się widzialna za pośrednictwem tak zwanego ducha nerwowego lub eteru nerwowego, stanowiącego otaczającą ją powłokę. Zwierzę ma duszę, lecz nie ma ludzkiego ducha.

Gdyby filozofowie nie upierali się, że muszą stać wyłącznie na własnych nogach, lecz za podstawę przyjęli fundament wszelkiej mądrości, to jest objawienie Pisma Świętego, również tutaj ujrzeliby rzecz jasno i bez wielkiego łamania sobie głowy. W słowie Bożym znajduje się jedyna prawdziwa, jedyna możliwa metafizyka, która nie jest snem. Każda metafizyka wymyślona samodzielnie i od niego odbiegająca rzeczywiście okazuje się marzeniem.

Nie powinien nas też mylić zwykły sposób mówienia, w którym wszelkie zjawiska bezcielesne nazywa się duchami. W stosunku do rzeczy materialnych są one bowiem – łącznie z ludzką duszą – natury duchowej. Dawniej w niemczyźnie całkiem niesłusznie używano nawet zamiennie słów „dusza” i „duch”. Tymczasem duch tchnięty przez Boga ożywia duszę; dusza, która mieszka we krwi, ożywia ciało za pośrednictwem ducha nerwowego. Przy umieraniu najpierw uchodzi duch, potem dusza odrywa się wraz ze swoją atomistyczną powłoką, a ciało ulega rozkładowi, uwalniając tkwiące w nim jeszcze życie naturalne.

Mimo to pod koniec rozdziału Kant przyznaje na stronie 25: „Wyznaję, że jestem bardzo skłonny twierdzić, iż istnieją na świecie natury niematerialne, i zaliczyć moją własną duszę do tej klasy istot”. Jakież to jednak osobliwe wyznanie metafizyka, który powinien zajmować się przede wszystkim naturami niematerialnymi!

Drugi rozdział pierwszej części zatytułowano „Fragment tajemnej filozofii, służący nawiązaniu wspólnoty ze światem duchów”. Przyjmuje się w nim istnienie niematerialnego świata jako samodzielnej i wewnętrznie powiązanej całości. Na próżno jednak szukać tam wskazówek, jak nawiązać z nim świadomy kontakt. Kant pisze jedynie na stronie 38 – i zapewne to ma wyjaśniać tytuł rozdziału – że dałoby się wykazać, albo kiedyś zostanie wykazane, iż dusza człowieka już za życia pozostaje w nierozerwalnej wspólnocie ze wszystkimi niematerialnymi istotami świata duchów. Wzajemnie na nie oddziałuje i odbiera od nich wrażenia, chociaż jako człowiek nie jest ich świadoma, dopóki wszystko przebiega prawidłowo.

Dalej następują rozważania pokazujące, że metafizyk nie może całkiem obyć się bez nauki o duchach. Chce jednak wszystko konstruować a priori, choć należy to wyłącznie do dziedziny sprawdzonego doświadczenia. Kant słusznie uważa, że dusza ludzka stale podlega wpływowi świata duchów. Na stronie 45 dodaje, że już w tym życiu dusza musiałaby, zgodnie ze swym stanem moralnym, zajmować określone miejsce wśród duchowych substancji wszechświata. Gdyby zaś śmierć zerwała jej związek ze światem cielesnym, życie w drugim świecie byłoby naturalnym przedłużeniem związku istniejącego już za życia. Skutki doczesnego postępowania moralnego ujawniłyby się tam w oddziaływaniach duszy na świat duchów. Teraźniejszość i przyszłość tworzyłyby w ten sposób nieprzerwaną całość, także według porządku natury.

Kant mówi jednak tylko o moralności człowieka, a nie o wierze, dzięki której dusza wchodzi we wspólnotę z najwyższym i najczystszym spośród duchów, a przez to najpewniej również z innymi czystymi duchami.

Następnie, na stronie 52 i kolejnych, dopuszcza możliwość zjawisk zarazem subiektywnych i obiektywnych. U osób o niezwykle silnej pobudliwości wyobraźnia miałaby zostać wzmocniona przez wpływy duchowe. W pewnych chwilach ludzie ci doznawaliby pozoru obecności przedmiotów znajdujących się poza nimi i braliby je za istoty duchowe oddziałujące na zmysły. Mimo że byłoby w tym złudzenie wyobraźni, jego rzeczywista przyczyna tkwiłaby w duchowym wpływie, którego nie można odczuć bezpośrednio. Ujawniałby się on świadomości za pośrednictwem pokrewnych obrazów wyobraźni, przybierających pozór wrażeń zmysłowych.

W tej hipotezie Kant może nie być całkiem w błędzie. Wyobraźnia rzeczywiście ma zdolność nadawania kształtu wewnętrznym wrażeniom i odczuciom oraz rzutowania ich na zewnątrz w postaci obrazów. W ten sposób najłatwiej wyjaśnić, jak pobożni ludzie mogli opowiadać o objawieniach Chrystusa, jego apostołów i innych świętych. Nie należy jednak uogólniać tej teorii i odmawiać obiektywnego charakteru wszystkim zjawiskom duchowym, do czego Kant jest skłonny.

Na stronie 55 twierdzi on bowiem, że można w ten sposób podać pozorne racjonalne uzasadnienie opowieści o widmach i różnego rodzaju wpływach duchowych. Według przedstawionej przez niego hipotezy dusze zmarłych i czyste duchy nie ukazują się naszym zewnętrznym zmysłom ani nie wchodzą w kontakt z materią. Mogą natomiast oddziaływać na ducha człowieka, należącego wraz z nimi do jednej wielkiej wspólnoty. Wywołane przez nie wyobrażenia przybierają w ludzkiej fantazji pokrewne obrazy i stwarzają pozór, że odpowiadające im przedmioty znajdują się na zewnątrz. Złudzenie może dotyczyć każdego ze zmysłów. Nawet jeśli miesza się z niedorzecznymi fantazjami, nie powinno to – zdaniem Kanta – powstrzymywać nas od przypuszczenia, że kryją się za nim wpływy duchowe.

Na tym kończy się owo „nawiązanie wspólnoty ze światem duchów”. Autor rozumie je więc jedynie jako jednostronne objaśnienie i sposób radzenia sobie z trudnymi do zaprzeczenia zjawiskami. Można się obawiać, że człowiek rozsądny, lecz niezbyt oględny, powiedziałby mu to samo, co – według anegdoty przytoczonej na końcu rozdziału – woźnica miał odpowiedzieć Tychonowi Brahemu: „Dobry panie, na niebie może i się pan znasz, ale tutaj, na ziemi, jest pan głupcem”. W odniesieniu do Kanta brzmiałoby to: na czystym rozumie możesz się znać, lecz w dziedzinie filozofii tajemnej…

W następnym, trzecim rozdziale Kant całkowicie powraca na drogę rozumowania racjonalnego. Nosi on tytuł „Antykabała. Fragment zwyczajnej filozofii, służący zniesieniu wspólnoty ze światem duchów”. Snują się tam rozważania o eksperymentach optycznych i wskazuje się na pojęcia o postaciach duchów zaszczepione przez wychowanie. Głębokim przypuszczeniom poprzedniego rozdziału przeciwstawia się pogląd, który pozwala wygodniej i szybciej rozstrzygać sprawy.

Czwarty rozdział wieńczy tę całość słomianą koroną. Zatytułowano go „Teoretyczny wniosek ze wszystkich rozważań części pierwszej”. I tutaj nie ma się czego nauczyć. Godna pochwały pozostaje jedynie skromność autora, który na stronie 78 bez ogródek wyznaje niewiedzę w sprawach duchowych: „nic z tego wszystkiego nie rozumie”. Na końcu stwierdza: „Odkładam teraz cały przedmiot dotyczący duchów, rozległą część metafizyki, jako sprawę załatwioną i zakończoną. Odtąd nic mnie już nie obchodzi”.

Druga część rozprawy przedstawia się jako „historyczna”. Jej pierwszy rozdział omawia „Opowieść, której prawdziwość pozostawia się dociekliwości czytelnika”. W rzeczywistości Kant przytacza trzy opowieści o kontaktach Swedenborga ze światem duchów. Pierwsza, tylko zarysowana, dotyczy księżnej, która poleciła mu przynieść tajną wiadomość ze świata duchów. Swedenborg miał wykonać polecenie ku jej wielkiemu zdumieniu. Druga, lepiej znana, opowiada o wdowie Marteville i ukrytym pokwitowaniu za srebrny serwis. Trzecia, równie znana, dotyczy pożaru w Sztokholmie.

Drugi rozdział nosi tytuł „Ekstatyczna podróż marzyciela przez świat duchów”. Kant podaje w nim krótki wyciąg z obszernych pism Swedenborga. Jak sam to ujmuje, sprowadza „kwintesencję książki” – ośmiu tomów Arcana coelestia w formacie quarto – do kilku kropel. Za to rzeczywiście należy mu się wdzięczność.

Wreszcie trzeci rozdział, „Praktyczny wniosek z całej rozprawy”, sprowadza się do tego, że pewność w tych sprawach jest równie niepotrzebna, jak niemożliwa do osiągnięcia rozumem. Lepiej uzbroić się w cierpliwość i poświęcić temu, co pożyteczne. Można się z tym zgodzić w odniesieniu do osób, które nie mają powołania ani predyspozycji, by badać na podstawie doświadczenia pneumatologię i inne nauki tajemne. Dobremu Kantowi brakowało przynajmniej takiej skłonności. Wolał poruszać się w obłokach własnej metafizyki a priori, choć sprawy ukryte nie były mu całkowicie obojętne – nawet później, gdy w swoich pismach wykazał, że sam rozum ludzki nie może wiedzieć niczego o tym, co nadzmysłowe.

Skoro Kant w tym dziełku nieraz pisze żartobliwie i z humorem, nie należy mieć za złe także obecnej krytyce jej tonu ani zarzucać jej braku szacunku dla tak szlachetnego umysłu. Na zakończenie pozwolę sobie jeszcze wyrazić drobne zdziwienie z powodu kilku osobliwości jego języka. W całej książeczce znajduję bowiem vor zamiast für – choć pierwotnie był to ten sam wyraz – oraz seyn zamiast sind. Ten ostatni błąd gramatyczny mógł wynikać z chęci uniknięcia prowincjonalizmu: dawniej pisano i mówiono sie seynd zamiast sie sind, podczas gdy Prusacy w mowie potocznej odwrotnie, używają sind zamiast seyn, mówiąc na przykład es wird gut sind. Przypomina się przy tym mimowolnie anegdota o „Kasimirze” i „Kasimichu”.

– y –

Nota źródłowa i redakcyjna

„Der träumende Metaphysiker” [„Śniący metafizyk”], Magikon. Archiv für Beobachtungen aus dem Gebiete der Geisterkunde und des magnetischen und magischen Lebens, t. 4, Stuttgart 1850, s. 127–134; skan rocznika. Podpis artykułu w druku: „- y -”. Przekład obejmuje cały artykuł.

Autor „Magikonu” interpretuje i krytykuje rozprawę Kanta z perspektywy własnych przekonań religijnych i spirytualistycznych. Przedstawione tu poglądy na duszę, ducha, „eter nerwowy” oraz wpływy świata duchów są twierdzeniami historycznego autora, a nie ustaleniami naukowymi. Cytowane fragmenty Kanta oddano po polsku na podstawie brzmienia przytoczonego w artykule.