Od pewnego czasu cały Sztokholm tłumnie udaje się na cmentarz przy kościele Mariackim na Södermalm, aby zobaczyć niezwykłego psa, który od przeszło piętnastu lat leży tam na częściowo już zapadniętym kopcu grobowym i w milczącym, pozbawionym skargi smutku opłakuje spoczywającego pod nim dawnego pana. To osobliwe, niemal baśniowo brzmiące zdarzenie wzbudziło wielkie zainteresowanie już przed szeregiem lat. Sprawę, jak nam się wydaje, opisywano w publicznych gazetach; wspominało o niej również kilku podróżnych. Stopniowo jednak, jak dzieje się z wieloma rzeczami przyciągającymi uwagę, ważnymi, a nawet zdumiewającymi, także i ona popadła w zapomnienie — nawet tam, na miejscu — dopóki niedawno nie zwróciła na siebie ponownie uwagi stolicy Szwecji, a wkrótce potem całego kraju.
Stało się to za sprawą wydawanych przez Orvara Odda, młodego tamtejszego pisarza, „Sztokholmskich Liści Herbacianych”, noszących nazwę „Bazar”, które ukazują się od początku tego roku. Przytoczymy poniżej zamieszczoną tam wiadomość, przełożoną przez nas ze szwedzkiego. Poprzedzimy ją jedynie informacją, że pewien sztokholmski, wykształcony artystycznie amator, baron Karl von Bennet, namalował to niezwykle interesujące zwierzę. Wykonane przez niego samego odbitki litograficzne tego obrazu, zarówno w odcieniach szarości, jak i w dwóch kolorach, można nabyć we wszystkich tamtejszych księgarniach i składach sztuki.
Jeśli, drogi Czytelniku, znajdziesz się w okolicy cmentarza przy kościele Mariackim na Södermalm, nie zaniedbaj tam wstąpić. Możesz liczyć na to, że o każdej porze znajdziesz psa leżącego przy pewnym nagrobku — nieruchomego, nieczułego na wszystko, co go otacza, pogrążonego we wzruszającym smutku i niezmiennie spoczywającego w tej samej pozycji, na tym samym skrawku ziemi szerokości dłoni. Zastaniesz go tam latem i zimą, podczas słonecznej pogody oraz najgwałtowniejszej niepogody. Nie lęka się mrozów naszej zimowej północy; leży samotnie ze swoim cierpieniem pośród zgiełku południowej godziny.
Latem młodzież szkolna oddaje się hałaśliwym zabawom pośród cmentarnych krzyży i bawi się w „Anwandeln”, przy czym nagrobki zastępują jej ściany. Pogrążone w żałobie zwierzę — nadano mu imię Fidele, które w mowie ludu skróciło się do Fille — nie słyszy jednak ani nie widzi niczego, co dzieje się wokół niego. Nikomu dotąd nie udało się zabrać go z miejsca żałoby, pośród astrów i innych kwiatów nagrobnych. Zimą zagrzebuje się w zwałach śniegu i stawia czoło najsroższemu zimnu.
Twierdzi się, że spędził na tym grobie w taki sposób już ponad półtorej dekady. Podobno właśnie w 1825 roku po raz pierwszy zauważono tę okoliczność, choć wówczas nie poświęcono jej szczególnej uwagi. Dlatego później, gdy minęło już kilka lat, nie zdołano z całą pewnością ustalić, kim właściwie był pochowany w tym miejscu właściciel biednego, wiernego zwierzęcia. Od wspomnianego roku grób bez wątpienia otwierano więcej niż raz, aby pochować w nim inne zwłoki. Ludzie przypominają sobie jednak, że mniej więcej w owym czasie w tym samym miejscu cmentarza odbył się pogrzeb, który wzbudził większe niż zwykle zainteresowanie, ponieważ marynarze nieśli i odprowadzali trumnę do grobu. Zmarły mógł więc być kapitanem statku, być może zagranicznym marynarzem handlowym, który zmarł w tym mieście.
Pies należy do rasy u nas niespotykanej, co zdaje się dodatkowo przemawiać za prawdopodobieństwem przedstawionego właśnie przypuszczenia. W jego wyglądzie jest coś bardzo uderzającego, a w wielkich oczach maluje się niemal wstrząsający wyraz smutku. W pierwszych latach zwierzę zwykło codziennie opuszczać na kilka chwil cmentarz, aby poszukać skromnego pożywienia w którejś z pobliskich rzeźni. Później zaopiekowała się bezpańskim psem starsza kobieta mieszkająca w pobliżu kościoła i do dziś dostarcza mu codziennego pożywienia. Jej troska sięga tak daleko, że w chłodnej porze roku polecała rozkładać mu stare maty i koce, lecz za każdym razem wkrótce je kradziono.
2
Pewien zamożny człowiek miał dużego, czujnego, mądrego i pięknego psa. Chociaż od czasu do czasu pozwalano mu swobodnie biegać, zazwyczaj spędzał dzień na łańcuchu w budzie zbudowanej dla jego wygody i ochrony przed pogodą. Kiedy pewnego dnia spuszczono go z łańcucha, zwrócono uwagę, że trzyma się szczególnie blisko swego pana. Gdy służący chciał go jak zwykle ponownie uwiązać, pies tak mocno uczepił się nóg właściciela, zachowywał się tak agresywnie podczas próby oderwania go siłą i w ogóle postępował tak osobliwie, że pan pozostawił go tam, gdzie był, a nawet zatrzymał przy sobie przez cały dzień.
Kiedy nadszedł wieczór i właściciel zamierzał udać się do łóżka, pies zdecydowanie — i po raz pierwszy w życiu — pobiegł za nim, wpadł do pokoju i schował się pod łóżkiem. Nie zdołały go stamtąd wypędzić ani pieszczoty, ani uderzenia. W środku nocy do pokoju wtargnął człowiek uzbrojony w sztylet i zamierzał zasztyletować pana. Pies skoczył jednak napastnikowi do gardła, chwycił go zębami i trzymał tak mocno, aż właściciel zyskał czas, by wezwać pomoc i polecić ująć nikczemnika.
Napastnikiem okazał się woźnica. Później przyznał, że wraz ze stajennym zamierzali obrabować swojego pana, który — jak widzieli — otrzymał znaczną sumę pieniędzy. Plan uzgodnili, opierając się o dach psiej budy.
3
W pewnym gospodarstwie gęś złamała nogę. Należycie ją opatrzono i zaniesiono do pomieszczenia, w którym przebywały pozostałe gęsi. Zazwyczaj każdego ranka wędrowały one nad pobliski strumień i na przecinane przez niego łąki, skąd wracały dopiero wieczorem. Chora gęś nie mogła oczywiście uczestniczyć w tych wyprawach. Pozostawała więc przy niej jedna z gęsi, którą regularnie w południe zastępowała inna.
Przypis źródłowy
„Zur Thierseelenkunde” [„Przyczynek do wiedzy o duszy zwierząt”], Magikon. Archiv für Beobachtungen aus dem Gebiete der Geisterkunde und des magnetischen und magischen Lebens, 1842, t. II, s. 420–423.