Pogromca zwierząt van Amburgh

Ogólne

Pogromca zwierząt van Amburgh i główne źródła jego niezwykłego talentu

Der Thierbändiger van Amburgh und die Hauptgründe seines besondern Talentes

Tekst przedstawia Isaaca van Amburgha, słynnego dziewiętnastowiecznego poskramiacza zwierząt. Łączy szkic jego życia z opowieścią o proroczym śnie matki, opisami występów oraz komentarzem autora „Magikonu” o pochodzeniu niezwykłych zdolności. Poniżej przekład całego artykułu, z zachowaniem rozróżnienia między cytowaną opowieścią a końcową uwagą redakcyjną.

Przekład

„Isaac van Amburgh urodził się w lipcu 1811 roku w niewielkim mieście hrabstwa Duchess w stanie Kentucky. Nieprzebyte lasy i rozległe pastwiska pokrywają część tej krainy, przez którą płyną Ohio, Missisipi, Kentucky, Big Sandy i inne wielkie rzeki. W tej okolicy, niedaleko miasta Lewiston, osiedlili się przybyli z Karoliny Południowej Indianie Tuskarora, należący do konfederacji sześciu narodów.

Dziadek naszego bohatera, Vorboys van Amburgh, był Indianinem Tuskarora. Jego właściwe imię brzmiało Jangborgon D’Oom i w języku Tuskarorów miało oznaczać «wielkiego króla lasów». Imię Vorboys van Amburgh przyjął od farmera holenderskiego pochodzenia z Kentucky. Uratował go, gdy w lesie napadły na niego dwa jaguary. Farmer ten sprawił później, że dawny «wielki król lasów» osiedlił się w Kentucky, przyjął chrzest i tam się ożenił.

Co osobliwe, jedyny syn owego człowieka – ojciec naszego pogromcy zwierząt – odczuwał nieprzezwyciężony lęk przed wszelkimi zwierzętami. Jego bojaźliwość miała nawet skrócić mu życie. Zapewnia się, że gdy pewnego razu szybko skręcił za róg ulicy i zobaczył przed sobą świeżo namalowany szyld przedstawiający dzika, przeraził się tak bardzo, iż zmarł ze strachu.

Jeśli dać wiarę matce van Amburgha, w czwartym miesiącu ciąży miała niezwykły sen. Uznała go za przepowiednię przyszłego przeznaczenia swego dziecka. Opowiedziała go Ephraimowi Wattsowi w Ameryce Północnej w następujący sposób:

«Siedziałam w cieniu wielkiego drzewa nad zatoką jeziora Oneida. Nagle wydało mi się, że ziemia wokół mnie się zapada, ja jednak pozostałam spokojna i nieruchoma. Drzewo, które dawało mi cień, powoli opadło w dół. Czułam, jak jego gałęzie przesuwają się wzdłuż mojego ciała, i widziałam, jak znika.

Zobaczyłam, że stoję na białawej skale piaskowcowej. Cała otaczająca mnie kraina powoli zapadała się przy dźwiękach pięknej muzyki. Zostałam sama na szczycie skały i z dumą spoglądałam stamtąd, jak z wieży obserwacyjnej, na ogromny horyzont.

Wtem uniosłam się lekko jak piórko. Niewidzialne ręce postawiły mnie na piaszczystym brzegu jeziora Onondaga. Idąc wzdłuż brzegu, słyszałam syk węży i ryk dzikich zwierząt. Przestraszona przyspieszyłam kroku. Dotarłam do sterty ruin po zniszczonych stodołach i zobaczyłam szesnaście żelaznych kotłów ustawionych w dwóch rzędach.

Otworzyłam pierwszy i znalazłam w nim głowę lwa zakonserwowaną w soli. W drugim były, również zasolone, lwie łapy. Wszystkie szesnaście kotłów wypełniały kawałki lwa przygotowane w ten sposób do domowego użytku.

Ogarnęło mnie wtedy nieodparte łaknienie, jakie czasem nachodzi kobiety w ciąży. Wyjęłam lwią głowę ze słonej zalewy i podniosłam ją do ust. Moje usta rozszerzyły się tak, że zdołałam połknąć tę ogromną głowę. W moim brzuchu ryczała, jak gdyby nadal żyła. Tak samo zjadłam – a raczej połknęłam – zawartość pozostałych piętnastu kotłów».

Tak opowiedziała sen pani van Amburgh. Znaczenie, jakie mu przypisała, miała potwierdzić już najwcześniejsza młodość Isaaca. Lekceważył zwykłe dziecięce zabawy. Tylko owady – osy, muchy, szerszenie, chrabąszcze i inne – potrafiły zająć jego uwagę.

Kiedy podrósł, zaczął zajmować się małymi czworonogami. Podporządkował sobie myszy i szczury żyjące w sąsiednich spichlerzach. Często widywano go w stodole, gdzie dzielił skromną kolację z myszami, szczurami i jaszczurkami. Otaczały go niczym dworzanie księcia. Matka nie wiedziała, co począć. Próbowała wszystkiego, by oderwać go od tego świata zwierząt, którego sam szukał i w którym znajdował radość nieznaną innym ludziom.

W siódmym roku życia dosiadał każdego konia, którego zdołał objąć małymi nogami. Ani skoki, ani wierzganie nie mogły go zrzucić. Z czasem został niezwykle zręcznym jeźdźcem. Z całego Kentucky przyprowadzano mu trudne konie do ułożenia. Uczynił z tego swój zawód i już jako dwunastolatek zapewniał sobie samodzielne utrzymanie. Jego pomysłowy umysł miał niezależnie odkryć metodę poskramiania dzikich koni, którą w Ameryce Południowej wypracowano na podstawie wieloletnich doświadczeń.

Choć ujarzmianie najbardziej narowistych koni dawało odważnemu Isaacowi wiele przyjemności, jego żywa wyobraźnia potrzebowała większego pola działania. Matka wychowała go pobożnie. Gdy pewnego dnia czytał pierwszy rozdział Księgi Rodzaju, natrafił na słowa:

«Bóg pobłogosławił mężczyźnie i kobiecie i powiedział: Bądźcie płodni, rozmnażajcie się i napełniajcie ziemię, czyńcie ją sobie poddaną i panujcie nad rybami morza, ptakami nieba oraz wszystkimi zwierzętami żyjącymi na ziemi».

Van Amburgh zastanowił się nad tym i zapytał samego siebie: skoro człowiek ma panować nad wszystkimi zwierzętami, dlaczego ucieka przed tygrysem? Uznał, że dzikie zwierzęta wydają się tak groźne tylko dlatego, że ludziom brakuje odwagi. To nie człowiek powinien się ich bać; to one powinny drżeć przed nim. Mimo siły i drapieżności są – według niego – lękliwe i słabe. Wystarczyłoby patrzeć im prosto w oczy, by poznały przewagę ludzkiej zręczności i woli oraz zaczęły słuchać swego naturalnego pana.

Wkrótce przeszedł od tej teorii do praktyki. W wolnym czasie przemierzał lasy Kentucky, próbując poskramiać wilki, lisy, tchórze, hieny, dzikie świnie, bawoły i dzikie byki. Oswoił podobno wiele z nich i zdobył nad nimi tak wielką władzę, że sprawował w lasach coś na kształt prawdziwej «zwierzęcej policji».

Za przykład podaje się dzika, który wyrządzał okolicznym farmerom znaczne szkody. Kiedy zwrócili się do van Amburgha, jego napady ustały w ciągu niespełna tygodnia. Miał też na inne sposoby pomagać miejscowym mieszkańcom.

Van Amburgh panował nad zwierzętami, lecz – jak głosi opowieść – nigdy nie przelewał ich krwi. Posługiwał się żelaznym prętem, którym uderzał je w określone miejsce kręgosłupa, nie zadając im jednak niebezpiecznych ran. Nie uważał, że spełnienie biblijnej obietnicy panowania człowieka nad zwierzętami wymaga pozbawienia ich wolności. Śledził je w zaroślach, zaskakiwał w kryjówkach i ujarzmiał tam, gdzie żyły.

Pewne zdarzenie – opisane szerzej w przywoływanej opowieści, lecz tutaj pominięte jako mniej istotne – pokazało, że wobec ludzi van Amburgh potrafił okazać mniej powściągliwości niż wobec dzikich zwierząt. Zmusiło go ono do opuszczenia ojczyzny i wejścia na pokład pierwszego napotkanego statku.

Statek płynął do Bombaju, zatrzymując się po drodze przy Przylądku. Van Amburgh zszedł na ląd. Wieczorem załoga ze zdumieniem zobaczyła go wracającego z niedźwiedziem schwytanym w pobliskim lesie. Pędził zwierzę przed sobą za pomocą żelaznego pręta.

Nazwawszy niedźwiedzia Hiobem, nauczył go wskakiwać do wody na pierwszy znak. Zajęcie to nie wystarczało mu jednak. Ułożył również dwa młode zwierzęta morskie, które niczym psy łowiły dla niego ryby i przynosiły je z powrotem. Czy był pierwszym człowiekiem, który spróbował tej sztuki, czy tylko powtórzył cudzy pomysł – pozostaje ona, zdaniem narratora, godna uwagi.

Także ten sukces nie zadowolił van Amburgha. Postanowił spróbować oswoić rekina. Nie odstąpił od zamiaru mimo ostrzeżeń kapitana i załogi.

Pewnego ranka, gdy jadł śniadanie ze swoim niedźwiedziem na pokładzie, ukazał się wielki rekin. Van Amburgh chwycił żelazny drąg, przeskoczył przez burtę i popłynął ku zwierzęciu. Kapitan nakazał zatrzymać statek, a cała załoga zgromadziła się na pokładzie.

Rekin pochwycił żelazo paszczą i pociągnął przeciwnika w głębinę. Van Amburgh bezskutecznie próbował odzyskać broń. Musiał ją porzucić, by wypłynąć na powierzchnię. Rekin ruszył za nim. Zanim pływak zdołał uchwycić linę ratunkową, zobaczył potwora tuż obok siebie. Uniknął go, szybko nurkując.

Po ponownym wynurzeniu zażądał, by rzucono mu harpun. Spokojnie czekał na zbliżenie się rekina, po czym ugodził go w grzbiet i wrzucił na statek koniec liny umocowanej do haka. Marynarze starali się utrzymać głowę zwierzęcia nad wodą.

Wtedy van Amburgh rozkazał Hiobowi wskoczyć do morza. Niedźwiedź natychmiast posłuchał. Podpłynął do szarpiącego się rekina i – kierowany przez właściciela – miał zmiażdżyć go potężnymi łapami. Kilka strzałów z broni palnej zakończyło walkę. Zarzucono zwierzęciu pętlę na szyję i wciągnięto je na tylny pokład. Prawdziwość tej opowieści, jak zapewnia przywoływany autor, potwierdziło kilku marynarzy będących świadkami zdarzenia.

Kilka dni później gwałtowny podmuch złamał główny maszt statku. Płynąc pod masztem awaryjnym, jednostka musiała zawinąć do najbliższego portu. Van Amburgh spotkał tam rodaka. Dowiedział się od niego, że farmer i jego towarzysz – uważani za zmarłych po dotkliwym pobiciu przez van Amburgha – całkowicie wyzdrowieli. Wsiadł więc na najbliższy statek płynący do Ameryki Północnej i wrócił do kraju.

Po powrocie spędził tydzień u matki w Kentucky. Następnie postanowił poświęcić się całkowicie poskramianiu zwierząt i zatrudnił się u znanego właściciela menażerii, Titusa. Szybko zwrócił tam na siebie uwagę.

Główny opiekun menażerii zmarł wskutek ran zadanych przez lwicę, kiedy próbował przepędzić ją z jednej klatki do drugiej. Dwaj towarzyszący mu strażnicy także odnieśli ciężkie obrażenia. Van Amburgh podjął się ujarzmienia zwierzęcia. Wszedł sam do klatki, uzbrojony jedynie w żelazny drąg.

Trzy dni później po raz pierwszy pokazał publiczności sztuczkę, na którą – według relacji – nikt przedtem się nie odważył: włożył głowę w paszczę lwa. Wystąpił z tą samą dziką lwicą, którą dopiero co ujarzmił.

Słyszał również, że zapach świeżej krwi podwaja drapieżność lwa. Chcąc samemu to sprawdzić, zanurzył ramię aż po pachę we krwi i wsunął je zwierzęciu do paszczy, podczas gdy do klatki wprowadzono bydło i owcę. Pokazywał później tę sztuczkę wielokrotnie, za każdym razem – jak twierdzi tekst – z pomyślnym skutkiem, przed liczną publicznością w Kentucky i innych miejscach Stanów Zjednoczonych.

Pod koniec 1838 roku Titus wysłał van Amburgha wraz z częścią menażerii do Anglii. Wkrótce po przybyciu zatrudnili go właściciele Astley’s Circus za 300 funtów szterlingów tygodniowo. Występował otoczony lwami i tygrysami, które leżały ulegle u jego stóp i wykonywały najdrobniejsze gesty, jakie im wskazywał. Przyciągał ogromne tłumy.

Wprowadzono go do towarzystwa angielskiej arystokracji, gdzie przyjmowano go z wielkim szacunkiem. Odwiedzali go znani londyńscy pisarze i uczeni, rozmawiając z nim o sztuce poskramiania dzikich zwierząt. Zarabiał też znaczne sumy, udzielając lekcji młodym ludziom z najwyższych warstw społecznych.

Zapewniano nawet, że królowa Wiktoria odwiedziła go incognito i zaproponowała mu nadanie tytułu szlacheckiego. Miał odmówić, uznając taki zaszczyt za niezgodny ze swoimi przekonaniami politycznymi.

Angielskie i francuskie gazety pisały o propozycji, którą złożył właścicielom Vauxhall: chciał wznieść się ze swoim ulubionym tygrysem w wielkim balonie Nassau, a następnie opaść na spadochronie. Londyński magistrat zabronił widowiska z powodu ogromnego tłumu, jaki mogłoby przyciągnąć, oraz niebezpieczeństwa grożącego panu Greenowi, który miał towarzyszyć van Amburghowi i tygrysowi podczas lotu.

Przywoływany szkic podaje następnie dalsze informacje o wyglądzie van Amburgha i jego uwagach o różnych gatunkach zwierząt, wypowiedzianych w rozmowie z Ephraimem Wattsem. Dla celu niniejszej pracy warto z nich przytoczyć następujące:

«Van Amburgh mierzy według angielskiej miary pięć stóp i dziesięć i pół cala. Jest krępej budowy. Choć posiada rzadko spotykaną siłę, jego mięśnie nie wyróżniają się szczególnym rozmiarem. Siła fizyczna, wsparta żelazną wolą, tkwi przede wszystkim w jego nerwach i kościach.

Można by przypuszczać, że jego rysy są niezwykle męskie i zdecydowane. Jest przeciwnie: są bardzo delikatne, niemal kobiece. Tylko oczy mają niezwykły wyraz. Gałki oczne są mocno wysunięte. Zdaje się, że potrafi spoglądać na obie strony prawie bez poruszania głową.

Oczy te nie błyszczą. Jest w nich coś chłodnego, bladego; wydawałyby się niemal martwe, gdyby nie poruszały się nieustannie, szybko, we wszystkich kierunkach – jak gdyby usiłowały dostrzec wszystko naraz.

W tych oczach tkwi właściwa siła van Amburgha. Dzikie zwierzęta znają je i boją się ich, jak gdyby krył się w nich dla nich jakiś magiczny czar.

W obcowaniu z ludźmi van Amburgh jest bardzo miły: skromny, szczery i rozmowny. Jego poglądy na zwierzęta, tak odmienne od powszechnych, przynoszą zaszczyt zarówno jego umysłowi, jak i sercu. Nie wierzy, by istniało zwierzę – nawet nosorożec, którego uważa za najtępsze i najbardziej ociężałe ze wszystkich – którego przy odpowiednim postępowaniu nie można by oswoić».

Autor szkicu kończy uwagą, że dopiero przyszłość rozstrzygnie, czy nauka, której podstawy miał położyć van Amburgh, okaże się trwała oraz czy należy zaliczyć go do istot nadzwyczajnych, jak Herkules, czy raczej do pomysłowych wynalazców, jak Bakewell”.

Pozwolę sobie dodać do tego następującą uwagę końcową.

Trudno byłoby, jak sądzę, osiągnąć talent van Amburgha za pomocą zwykłej nauki. Jeśli wierzyć przytoczonej opowieści o jego narodzinach i młodości, zdolność ta ma znacznie głębszą podstawę niż wiedza o obchodzeniu się ze zwierzętami, którą można po prostu zdobyć przez naukę. Wyraźnie leży – albo leżała – u niego u jej podłoża silna wiara w ustanowione przez Boga panowanie człowieka nad światem zwierząt. Do tego dochodziły uważne podejście do natury zwierząt i względnie łagodne obchodzenie się z nimi. Dzięki temu rozwinął wrodzony dar do rzadko spotykanej doskonałości.

Osobliwe jest jednak to, że gdy zawładnęły nim mniej szlachetne pobudki, na przykład zazdrość, dar ten i jego siła zdawały się słabnąć. Późniejsze gazety wielokrotnie donosiły w latach 1839 i 1840, że pewien Anglik nazwiskiem Carter również zasłynął umiejętnością poskramiania zwierząt. Kiedy uwaga publiczności w Paryżu – mieście przyzwyczajonym do rozmaitych widowisk – zaczęła przenosić się z van Amburgha na jego rywala, ambicja tego pierwszego została tak silnie podrażniona, iż publicznie wyzwał Cartera: obaj mieli wejść do klatki z nieujarzmionym dzikim zwierzęciem. Van Amburgh chciał w ten sposób dowieść wszystkim swojej wyższości.

Nie pamiętam już, czy próbę zamierzano przeprowadzić z tygrysem, czy z lwicą. Gdy tylko przeczytałem o wyzwaniu w gazetach, przeczuwałem, że źle się ono skończy dla van Amburgha. I rzeczywiście: wkrótce podano, że tygrys lub lwica tak dotkliwie go pogryzły i poraniły, iż potrzebował długiego czasu, by wyzdrowieć. W rezultacie Carter całkowicie wyparł go z Paryża.

Van Amburgh podróżował potem ze swoją menażerią po południowej Francji. Również stamtąd – zdaje mi się, że z Marsylii – nadeszła wiadomość o kolejnym wypadku z lwicą. Tym razem obrażenia nie były poważne; wydarzyło się to w 1840 roku. Wygląda jednak na to, że zdarzenie znacznie ostudziło jego odwagę opartą na wierze. Nie przypominam sobie późniejszych doniesień o van Amburghu. Nie wiem więc, czy wycofał się z publicznych występów, czy wrócił do ojczyzny, aby tam wykorzystywać swe zdolności, ani co dalej się z nim stało.

Czytając wiadomości o nim, nie mogłem się powstrzymać od porównania go z Martinem von Schlierbachem, dobrze znanym w Wirtembergii w poprzednim stuleciu. O jego niezwykłym darze i utracie tego daru wskutek pychy czytałem w Blättern von Prevorst. W każdym razie wypadki van Amburgha dowodzą, że jego zdolność nie była wyłącznie wiedzą, którą można posługiwać się w dowolnej chwili.

W-r.

Nota redakcyjna i źródłowa

Artykuł „Der Thierbändiger van Amburgh und die Hauptgründe seines besondern Talentes” znajduje się w Magikonie z 1846 roku na drukowanych stronach 300–309. W udostępnionym skanie PDF odpowiadają im strony pliku 317–326 – stąd różnica numeracji. Tytuł, układ tekstu i podpis „W-r.” sprawdziłem w skanie.