Historia ukazania się zjawy – Bolonia

Spirytyzm

Eine Erscheinungsgeschichte

Poniższa relacja pochodzi z „Magikonu” z 1846 roku. Żołnierz opisuje śmierć młodego kadeta, niepokój towarzysza z koszar oraz własne przeżycie tej samej nocy. Zachowuję pierwszoosobową formę oryginału.

Przekład

Latem 1839 roku służyłem jako kapral w elitarnej kompanii garnizonu w Bolonii. Kwaterowaliśmy w dawnym klasztorze św. Agnieszki. Pewnego dnia rozeszła się wieść, że zastrzelono kadeta d’Auté, syna zamożnego hrabiego z francuskojęzycznej części Szwajcarii.

Młodzieniec miał niespełna dwadzieścia lat. Rodzice przysłali go tutaj zapewne z powodu jakiegoś wybryku. Przybył z dobrymi rekomendacjami, zawsze dysponował znaczną sumą pieniędzy i odznaczał się hojnością.

Pod wieczór wyniósł ze swego pokoju dwa pistolety, z których jeden był naładowany. Wyszedł z nimi na szeroki korytarz dawnego klasztoru i żartem wyzwał pierwszego napotkanego artylerzystę na pojedynek.

Artylerzysta uznał to za zuchwały żołnierski dowcip. Zgodził się wziąć jeden z podanych pistoletów, przypadkiem wybierając broń nienaładowaną.

– Nie! – zawołał kadet d’Auté. – Tego nie może pan wziąć, to mój pistolet. Proszę wziąć drugi – dodał ze śmiechem.

Artylerzysta nie miał najmniejszego pojęcia o stanie drugiej broni i przyjął ją bez sprzeciwu. Dopełniono smutnych przygotowań do pojedynku: odmierzono odległość, obaj stanęli naprzeciw siebie, a na komendę nacisnęli spusty. Kadet zachwiał się i upadł. Kula przeszła przez środek jego piersi.

Odtrząs strzału sprowadził na miejsce kilku żołnierzy. Przenieśli zmarłego do pokoju starszego wachmistrza, a artylerzystę odprowadzono do aresztu.

Gdy dowiedziałem się o zdarzeniu, poszedłem do starszego wachmistrza Giselarda i poprosiłem, aby pokazał mi kadeta d’Auté. Przełożony chętnie się zgodził. Dotknąłem ciała nieszczęsnego uczestnika pojedynku. Było jeszcze ciepłe. Kulę, która przeszła przez pierś i utkwiła za kręgami grzbietowymi, można było poruszyć palcami.

Jako młody żołnierz bardzo żałowałem d’Auté. Nie zaprzątałem sobie jednak długo głowy tym zdarzeniem. Zająłem się obowiązkami służbowymi, a pod wieczór nie słyszałem już, by ktokolwiek o nim wspominał.

Tej samej nocy wstałem, aby wyjść za potrzebą. Lampa w naszej izbie ledwie tliła się na knocie, rzucając tylko słabe światło. Wtedy wydarzyło się coś osobliwego, o czym do dziś opowiadam ze zgrozą.

Zamierzając wyjść, zauważyłem, że śpiący w przeciwległym kącie woltyżer Carigiet stoi przy swoim łóżku i coś przy nim robi. Był to około czterdziestoletni katolik z Gryzonii.

– Co się stało, Carigiet? Dlaczego nie leżysz w łóżku? – zapytałem.

– Już się w nim nie położę – odpowiedział, wyraźnie roztrzęsiony.

Kiedy spytałem dlaczego, wyjaśnił:

– Gdy tylko się położę, coś szarpie moją poduszkę. Skrzeczy i wyje, jęczy i wzdycha. Poduszka zdaje się unosić pode mną. Ogarnia mnie straszny niepokój.

– Głupstwa opowiadasz – powiedziałem. – Przyśniło ci się to albo szczur wskoczył tu z ustępu i urządził sobie schronienie w twoim sienniku czy poduszce. Zapalę świecę i zobaczę, co to za duch.

Zapaliłem świecę zapałką chemiczną. Zajrzałem pod łóżko, podniosłem siennik i poduszkę.

– Widzisz, Carigiet, nic tu nie ma. Jeśli jednak nie chcesz spać w swoim łóżku, możemy się zamienić. Połóż się w moim.

– Tego też nie chcę. Posiedzę trochę przy stole.

– A ja z powrotem się położę – odparłem.

Po krótkiej chwili Carigiet również wstał i powiedział:

– Spróbuję jednak jeszcze raz.

Kiedy kładł się do łóżka, przypomniałem mu:

– Zgaś też świecę!

Leżałem na lewym boku i patrzyłem, jak wraca do swojego posłania. W tej samej chwili, nadal w tej pozycji i całkowicie przytomny – było już po jedenastej, jak powiedział mi wartownik stojący przed magazynem odzieżowym – pozwoliłem opaść powiekom.

Nagle ogarnęło mnie oszołomienie. Z całych sił umysłu i ciała próbowałem się mu przeciwstawić, lecz bezskutecznie. Nie mogłem ponownie otworzyć oczu. Jakby za jednym uderzeniem utraciłem władzę nad każdą, nawet najmniejszą częścią ciała. Czułem, jakby całe moje „ja” umarło. Najsilniejszy wysiłek woli nie mógł niczego zmienić. Wydawało mi się, że puls ustał, resztki życia skupiają się przy sercu, a dusza opuszcza ciało i żegna się z ziemską powłoką.

W tej właśnie chwili – wszystko trwało zaledwie kilka minut – gdy zdawało mi się, że dusza odchodzi, a wraz z nią zanika ostatnia świadomość i siła, ujrzałem przez zamknięte powieki zastrzelonego d’Auté. Stał przede mną w błagalnej postawie, ze złożonymi dłońmi; czubki jego palców stykały się ze sobą.

Resztką sił chciałem sprawdzić, czy to tylko złudzenie. Próbowałem zerwać się z łóżka, otworzyć oczy, podejść do tej postaci i jej dotknąć. Na próżno. Leżałem na przerażającym posłaniu jak spętany tysiącem więzów – a raczej jak martwy.

W tej udręce, podczas ostatniej walki moich sił z nieposłusznym, bezwładnym ciałem, przeszyła mnie myśl, jakby pochodząca z wyższego natchnienia: powinienem odmówić Ave Maria za zmarłego.

Jestem protestantem i znałem tę modlitwę tylko z nazwy, nie znałem jej słów. „Jeśli nie pomoże, nie zaszkodzi” – pomyślałem i zacząłem się modlić:

– Święta Dziewico, módl się za jego duszę…

W tej samej chwili wszystko zniknęło jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Mogłem otworzyć oczy i wyskoczyć z łóżka. Nie zobaczyłem już przed sobą niczego. Wyszedłem i zapytałem:

– Wartowniku, która godzina?

– Wpół do dwunastej – odpowiedział.

Od tamtej pory nie śmieję się już z opowieści o świecie duchów. Czasem przychodzi mi wprawdzie do głowy, że było to złudzenie, że wszystko było złudzeniem. Wtedy jednak przypominam sobie opisane zdarzenie i znów nabieram innego przekonania.

Nota źródłowa i redakcyjna

„Eine Erscheinungsgeschichte” [„Historia ukazania się zjawy”], Magikon, 1846, s. 368–371. Przekład przygotowałem na podstawie ; tytuł i położenie tekstu potwierdza także spis treści cyfrowego rocznika.

Relacja zapisuje doświadczenie i interpretację narratora. Opis niemożności poruszenia się przy zachowanej świadomości może współczesnemu czytelnikowi przypominać paraliż senny; sam tekst nie pozwala jednak ustalić, co było przyczyną przeżycia.