W XVII-wiecznej Anglii dom Johna Mompessona w Tedworth miał przez wiele miesięcy rozbrzmiewać niewidzialnym bębnieniem, stukaniem i drapaniem. Przedmioty poruszały się bez widocznej przyczyny, łóżka dzieci unosiły się, a świadkowie mówili o światłach, głosach i postaci z płonącymi oczami. Relację spisał duchowny i filozof Joseph Glanvill, który sam odwiedził dom i uznał wydarzenia za działanie ducha lub demona. „Magikon” przypomniał tę historię w 1850 roku, zestawiając ją z nowszym przypadkiem z Westmorland.
Przekład
Historie nawiedzeń z Anglii
I. Opowieść z dawnych czasów
Przytaczamy tę dawną historię nawiedzenia z Anglii, po czym dołączymy do niej bardzo podobną opowieść, pochodzącą z tego samego kraju, lecz z czasów najnowszych.
Interesujące będzie porównanie obu relacji i dostrzeżenie, że w najróżniejszych epokach oraz na różnych poziomach wykształcenia i oświecenia powtarzają się podobne wydarzenia. Mogłoby to służyć jako dowód, że tego rodzaju zjawiska mają podstawę w samej naturze, że są fenomenami przyrody – należącymi wprawdzie do jej nocnej strony – i nie zawsze oraz nie we wszystkich przypadkach wynikają z oszustwa albo złudzenia.
W marcu 1661 roku pan Mompesson z Tedworth w hrabstwie Wiltshire przebywał w pobliskim miasteczku Luggershall. Usłyszawszy na ulicach bicie bębna, zapytał miejscowego urzędnika, w którego domu właśnie gościł, co ono oznacza. Urzędnik wyjaśnił, że od kilku dni mieszkańców niepokoi natrętny dobosz, który żebrze, posługując się – jak podejrzewano – sfałszowaną przepustką.
Mompesson polecił sprowadzić mężczyznę i zapytał go, z czyjego upoważnienia przemierza kraj z bębnem. Dobosz odpowiedział, że ma odpowiednie zezwolenie, i przedstawił przepustkę oraz pełnomocnictwo podpisane nazwiskami sir Williama Cawleya i pułkownika Ayliffa z Gretenham. Mompesson dobrze znał charakter pisma obu panów i natychmiast rozpoznał fałszerstwo. Kazał więc odebrać włóczędze bęben, a strażnikowi polecił zaprowadzić go przed najbliższego sędziego pokoju, aby sprawę dokładniej zbadano i ukarano winnego.
Oszust przyznał się wówczas do fałszerstwa i błagał o zwrot bębna. Mompesson odparł, że otrzyma go z powrotem, jeżeli przedstawi od pułkownika Ayliffa – za którego dobosza się podawał – świadectwo uczciwości. Do tego czasu instrument miał pozostać w przechowaniu. Mompesson pozostawił człowieka pod nadzorem strażnika, ten jednak, jak się wydaje, przestraszył się jego gróźb i później pozwolił mu odejść.
W połowie następnego kwietnia, kiedy Mompesson przygotowywał się do podróży do Londynu, miejscowy urzędnik przesłał bęben do jego domu. Gdy właściciel powrócił, żona opowiedziała mu, że podczas jego nieobecności żyła w wielkim strachu przed złodziejami. Mompesson spędził w domu zaledwie trzy noce, gdy zjawisko, które wcześniej przeraziło rodzinę, powtórzyło się: rozległo się głośne uderzanie w drzwi i zewnętrzne ściany domu.
Uzbrojony w pistolety gospodarz przeszukał cały budynek. Otworzył drzwi, w które właśnie uderzano, lecz wtedy hałas przeniósł się do innych. Otworzył również tamte i obszedł dom dookoła, ale niczego nie odkrył. Dźwięk stawał się tylko coraz głośniejszy i bardziej głuchy. Kiedy Mompesson ponownie położył się do łóżka, usłyszał uderzenia oraz bębnienie na kalenicy domu. Trwało to przez dłuższy czas, a potem stopniowo oddaliło się i rozpłynęło w powietrzu.
Od tej pory stukanie i bębnienie powracało często, zwykle przez pięć kolejnych nocy, po których następowały trzy noce spokoju. Hałas dobiegał przeważnie z wyłożonej boazerią zewnętrznej części domu i pojawiał się niezależnie od tego, czy mieszkańcy kładli się spać wcześnie, czy późno.
Po miesiącu zjawisko zaczęło odzywać się mniej więcej pół godziny po udaniu się domowników na spoczynek. Przez pięć nocy hałas trwał po dwie godziny w pokoju, w którym przechowywano bęben. Jego nadejście zapowiadało wycie lub świst w powietrzu nad domem, natomiast odejście – uderzenie bębna podobne do sygnału kończącego wartę. Powtarzało się to przez dwa miesiące. W tym czasie gospodarz sam sypiał w owej izbie, aby dokładniej obserwować zjawisko.
Kiedy wkrótce potem jego żona zaczęła rodzić, tej nocy słychać było tylko niewielki hałas, a przez następne trzy tygodnie panował całkowity spokój. Po tej uprzejmej przerwie zjawisko powróciło jednak silniejsze niż przedtem. Zaczęło ścigać i dręczyć dzieci, uderzając w ich łóżka z taką siłą, że zdawało się, iż za chwilę rozpadną się na kawałki. Gdy ktoś kładł na nich rękę, nie otrzymywał uderzenia, ale czuł potężne drżenie mebli.
Przez całą godzinę niewidzialny dobosz wybijał kolejno znane marsze i sygnały wojskowe. Następnie spod łóżek dzieci dobiegało drapanie, jakby żelaznymi szponami. Coś unosiło dzieci wraz z posłaniami i podążało za nimi z pokoju do pokoju, nie niepokojąc wówczas nikogo poza nimi. Przeniesiono je więc na poddasze, którego dotąd zjawisko nie nawiedzało, i położono spać jeszcze za dnia. Lecz prześladowca natychmiast zjawił się także tam.
5 listopada 1661 roku powstał niezwykle gwałtowny hałas. Jeden ze służących zauważył w pokoju dziecięcym dwie poruszające się deski. Zażądał, aby niewidzialna siła podała mu jedną z nich. Deska, choć nie było widać nikogo, kto mógłby nią kierować, przesunęła się na odległość około łokcia od mężczyzny.
Służący zawołał wtedy: „No dalej, podaj mi ją do ręki!”. Deska natychmiast ruszyła w jego stronę, a następnie około dwudziestu razy przesuwała się w górę i w dół oraz do przodu i do tyłu, dopóki Mompesson nie zabronił słudze dalszego poufalenia się z niewidzialnym gościem. Wszystko wydarzyło się w biały dzień, na oczach ludzi wypełniających pokój. Tego ranka w izbie pozostał również silny, drażniący zapach siarki.
Wieczorem przybył duchowny, pan Cragg, wraz z kilkoma sąsiadami. Pośród wielkiego hałasu uklęknął z obecnymi przy łóżku dzieci i rozpoczął modlitwę. W czasie modłów zjawisko wycofało się na poddasze, ale powróciło natychmiast po ich zakończeniu.
Na oczach wszystkich krzesła zaczęły poruszać się po pokoju, buty dzieci przelatywały nad ich głowami, a każdy ruchomy przedmiot w izbie drżał albo zmieniał miejsce. W duchownego rzucono listwą od łóżka, która trafiła go w udo, lecz tak łagodnie, że nawet kłębek wełny nie mógłby opaść delikatniej. Zauważono także, że listwa zatrzymała się dokładnie w miejscu, w którym upadła.
Widząc, że zjawisko szczególnie prześladuje dzieci, Mompesson przeniósł je do sąsiedniego domu. W swoim pokoju pozostawił jedynie najstarszą, dziesięcioletnią córkę. Gdy tylko dziewczynka położyła się do łóżka, wszystko zaczęło się od nowa. Przez trzy tygodnie rozlegało się bębnienie i inne odgłosy. Zauważono również, że zjawisko odpowiadało dokładnie tyloma uderzeniami, ile razy ktoś wcześniej zastukał albo o ile uderzeń je poproszono.
Kiedy w domu, do którego przeniesiono dzieci, pojawiło się wielu gości, sprowadzono je z powrotem i ułożono w salonie, dotąd wolnym od zakłóceń. Prześladowca odnalazł je również tam, lecz tym razem ograniczył się do szarpania ich za włosy i nocne koszule.
Zauważono, że kiedy hałas osiągał największą siłę i wybuchał z nagłą, zdumiewającą gwałtownością, żaden pies w pobliżu domu nie odzywał się ani nie poruszał. Działo się tak, choć stukanie bywało tak potężne, że słyszano je daleko na polach, a sąsiedzi mieszkający w pewnym oddaleniu budzili się ze snu.
Łóżka służby często unosiły się wraz ze śpiącymi, a następnie łagodnie opadały, nie powodując obrażeń. Niekiedy ludzie czuli na stopach ciężar, który je przygniatał.
Pod koniec grudnia 1661 roku bębnienie stawało się rzadsze. Zamiast niego pojawił się dźwięk podobny do brzęczenia przeliczanych monet. Sądzono, że wywołały go słowa matki gospodarza. Poprzedniego dnia rozmawiała z sąsiadem o wróżkach i pozostawianym przez nie złocie, dodając, że byłoby sprawiedliwie, gdyby również tym razem pozostawiono jakieś wynagrodzenie za wszystkie niepokoje.
Po tym gwałtowne hałasy ustały, a zjawisko ograniczało się do drobniejszych i mniej uciążliwych psot. W Wigilię, krótko przed świtem, jeden z chłopców wstał z łóżka i został trafiony w piętę klamką wyrwaną z drzwi. Jej trzpień był tak cienki, że normalnie wyjęcie go wymagało dużego wysiłku.
W nocy po Bożym Narodzeniu suknia gospodyni była ciągnięta po pokoju, a jej Biblię wetknięto w popiół. Podobne figle powtarzały się często.
Później zjawisko szczególnie uprzykrzało życie służącemu imieniem John, silnemu i rozsądnemu młodzieńcowi. Przez kilka nocy usiłowało ściągać z niego kołdrę. Choć trzymał ją z całej siły, czasami zostawała mu wyrwana, a buty leciały w stronę jego głowy. Niekiedy czuł się unieruchomiony, jak gdyby skrępowano mu ręce i nogi. Odkrył jednak, że gdy zdołał sięgnąć po miecz i wymachiwać nim wokół siebie, niewidzialny napastnik odstępował.
Wkrótce potem przybył syn pana Thomasa Benneta, u którego dobosz pracował wcześniej jako najemnik, i przekazał Mompessonowi słowa wypowiedziane przez tamtego człowieka. Zjawisko najwyraźniej źle przyjęło tę wiadomość. Gdy goście udali się spać, bęben rozległ się z taką siłą, że przybysz wstał i wezwał swojego służącego, który nocował z Johnem.
Kiedy sługa odszedł, John usłyszał szmer w izbie. Coś zbliżyło się do łóżka, szeleszcząc jak jedwabna suknia. John sięgnął po miecz, lecz czuł, że broń jest od niego odsuwana. Dopiero z wielkim wysiłkiem zdołał ją pochwycić. Gdy mu się to udało, zjawa natychmiast go opuściła. Wielokrotnie bowiem zauważano, że obawiała się broni.
Na początku stycznia 1662 roku, zanim zjawisko zeszło z komina, usłyszano w nim śpiew. W tym samym czasie nocami widywano w domu światła. Jedno z nich wpłynęło do sypialni Mompessona. Płomień wydawał się niebieski i migotliwy, a osoby, które go widziały, odczuwały pieczenie oczu. Po jego zniknięciu usłyszano, jak coś wchodzi po schodach krokiem człowieka mającego na nogach tylko pończochy.
Światło widziano jeszcze cztery albo pięć razy w pokoju dziecięcym. Służące przysięgały, że drzwi przynajmniej dziesięciokrotnie otwierały się i zamykały na ich oczach. Przy każdym otwarciu słychać było, jakby do pokoju wchodziło pół tuzina ludzi. Potem rozlegały się kroki, a jedna z niewidzialnych osób poruszała się z szelestem jedwabiu. Pewnego razu słyszał to również gospodarz.
Kiedy podczas szczególnie głośnego stukania obecnych było wielu ludzi, jeden z nich zawołał: „Szatanie, jeśli dobosz posługuje się tobą, uderz trzy razy i ani razu więcej!”. Rozległy się dokładnie trzy uderzenia, po czym zapadła cisza.
Mężczyzna sam zaczął następnie stukać, chcąc sprawdzić, czy otrzyma zwykłą odpowiedź, lecz nic się nie wydarzyło. Aby poddać sprawę dalszej próbie, zażądał, by niewidzialna istota – jeżeli rzeczywiście działała z polecenia dobosza – uderzyła pięć razy i nie odzywała się już przez resztę nocy. Tak właśnie się stało. Świadkami byli sir Thomas Chamberlain z Oxfordshire oraz kilka innych osób.
W sobotę 10 stycznia, na godzinę przed świtem, usłyszano bęben przed drzwiami sypialni gospodarza. Następnie dźwięk przeniósł się na drugi koniec domu, przed drzwi pomieszczenia zajmowanego przez przyjezdnych. Odegrano im cztery albo pięć marszów, po czym odgłos oddalił się i rozpłynął w powietrzu.
Kiedy wiejski kowal nocował w jednym pokoju z Johnem, obaj usłyszeli dźwięki przypominające podkuwanie konia. Coś podobnego do szczypiec próbowało przy tym chwycić kowala za nos.
Pewnego ranka Mompesson wstał wcześnie i usłyszał wielki hałas w położonym niżej pokoju dziecięcym. Z pistoletem w ręku zbiegł na dół. W chwili gdy wchodził, usłyszał głos wołający: „Czarownica! Czarownica!”. Potem wszystko ucichło.
Innej nocy coś przez pewien czas poruszało się przy łóżku Mompessona, a następnie przeszło do posłania, w którym spała jego córka. Przemieszczając się pod nim z jednej strony na drugą, za każdym razem unosiło dziewczynkę. Z łóżka dobiegały trzy różne rodzaje odgłosów. Próbowano ugodzić niewidzialną istotę mieczem, lecz uchylała się przed ostrzem, kryjąc się pod dzieckiem.
Następnej nocy zjawiła się ponownie i dyszała jak zmęczony pies. Ktoś próbował uderzyć w nią listwą od łóżka, lecz została wyrwana z ręki i odrzucona. Kiedy przybiegli ludzie, pokój wypełnił się przyjemnym zapachem kwiatów i zrobiło się w nim bardzo gorąco, choć był środek surowej zimy i nie rozpalono ognia.
Przez godzinę słychać było dyszenie i drapanie. Potem zjawisko przeniosło się do sąsiedniej izby, gdzie jeszcze przez chwilę stukało i brzęczało jak potrząsany łańcuch. Powtórzyło się to przez dwie albo trzy kolejne noce.
Niedługo później Biblię gospodyni znaleziono w popiele, otwartą kartami do dołu na trzecim rozdziale Ewangelii według św. Marka, w miejscu mówiącym o duchach nieczystych padających przed Zbawicielem oraz o udzielonej Dwunastu władzy wypędzania złych duchów.
Następnej nocy rozsypano w pokoju popiół. Rano znaleziono w nim w jednym miejscu ślad podobny do odcisku wielkiego szpona, w innym – mniejszego, a jeszcze gdzie indziej kilka liter, których nie umiano odczytać. Były tam również rozmaite kręgi i zarysowania.
W tym czasie do domu przybył sam Joseph Glanvill, aby osobiście zbadać sprawę. Przed jego przyjazdem ustało już bębnienie i najgwałtowniejsze hałasy, ale wiele wcześniejszych zdarzeń potwierdzili obecni sąsiedzi.
Zjawisko nadal dręczyło dzieci, zwykle od chwili, gdy położono je do łóżka. Pewnego wieczoru stało się to około ósmej. Służąca zeszła wkrótce na dół i oznajmiła, że niewidzialny prześladowca znowu się pojawił. Glanvill, jego przyjaciel oraz Mompesson udali się na górę.
Już na schodach usłyszeli osobliwe drapanie. Po wejściu do pokoju Glanvill przekonał się, że dźwięk dochodził zza poduszki dzieci, jakby ktoś z całej siły drapał paznokciami jej pokrycie. W łóżku leżały dwie spokojne dziewczynki w wieku około siedmiu lub ośmiu lat. Ich ręce znajdowały się na kołdrze, dlatego hałas za ich głowami nie mógł pochodzić od nich. Przywykły już do podobnych zdarzeń, zawsze ktoś pozostawał z nimi w izbie i nie wydawały się szczególnie przestraszone.
„Stojąc przy wezgłowiu – pisał Glanvill – wsunąłem rękę pod poduszkę dokładnie w miejscu, z którego dochodziło drapanie. Wtedy odgłos tam ustał, lecz pojawił się w innej części łóżka. Kiedy cofnąłem rękę, ponownie rozległ się w poprzednim miejscu”.
Glanvillowi powiedziano, że zjawisko naśladuje dźwięki. Zdrapał więc kolejno pięć, siedem i dziesięć razy po ramie łóżka. Za każdym razem otrzymał taką samą liczbę odpowiedzi, po której odgłos ustawał. Przeszukał przestrzeń pod łóżkiem i za nim, zdjął pościel aż do pasów podtrzymujących materac oraz zbadał ścianę. Jego towarzysz uczynił to samo, ale niczego nie odkryli. Glanvill uznał wówczas – i nadal był o tym przekonany, gdy spisywał relację – że hałas pochodził od ducha albo demona.
Po około pół godzinie drapanie przeniosło się na środek łóżka, pod dzieci. Rozległo się głośne dyszenie podobne do oddechu zmęczonego psa. Glanvill położył rękę w tym miejscu i poczuł, jak coś od wewnątrz unosi materac. Sięgnął między pierze, aby sprawdzić, czy nie kryje się tam żywe stworzenie, i przeszukał pokój w poszukiwaniu psa, kota albo innego zwierzęcia. Pozostali uczynili to samo, lecz niczego nie znaleźli. Ruch wywołujący dyszenie był tak silny, że drżały szyby. Zjawisko trwało przez pół godziny w ich obecności, a – jak im później powiedziano – jeszcze dłużej po ich odejściu.
Podczas dyszenia Glanvill zauważył coś poruszającego się w worku zawieszonym przy innym łóżku. Sądził, że była to mysz albo szczur. Chwycił worek za górny koniec i przepuścił go przez drugą dłoń, lecz niczego w nim nie znalazł. W pobliżu nie było nikogo, kto mógłby wywołać ruch, który najwyraźniej pochodził ze środka worka. Glanvill podkreślał, że zarówno wtedy, jak i w chwili spisywania wydarzeń zachowywał pełną przytomność umysłu.
Nocował z przyjacielem w jednym z pokoi. Przed świtem obudziło go głośne stukanie tuż za drzwiami. Obudził towarzysza i kilkakrotnie pytał, kto tam jest, lecz stukanie trwało bez odpowiedzi. Wreszcie zawołał: „W imię Boga, kim jesteś i czego od nas chcesz?”. Głos odpowiedział: „Niczego od was”, po czym wszystko ucichło.
Obaj uznali, że musiał to być któryś ze służących, i zasnęli ponownie. Kiedy rano opowiedzieli o zdarzeniu Mompessonowi, ten zapewnił, że żaden z domowników nie spał w tamtej części budynku ani nie miał tam nic do zrobienia. Służba nie wstawała przed jego wezwaniem, które następowało dopiero po świcie. Wszyscy potwierdzili te słowa i zaprzeczyli, aby wywołali hałas.
Rano służący Glanvilla doniósł, że koń, na którym jego pan przyjechał, stał zlany potem, jak gdyby całą noc spędził w drodze. W stajni rzeczywiście zastali zwierzę w takim stanie. Ustalono, że koń, dotąd zupełnie zdrowy, pozostawał pod dobrą opieką sumiennego służącego. Gdy jednak Glanvill przejechał na nim powoli jedną lub dwie mile po równym terenie, zwierzę okulało. Z trudem doniosło jeźdźca do domu, a drugiego albo trzeciego dnia padło. Nikt nie potrafił wyjaśnić przyczyny.
Później tego samego dnia Mompesson zobaczył, że kawałki drewna w kominku poruszają się same. Wystrzelił w nie z pistoletu. Wówczas na palenisku oraz w kilku miejscach na schodach zauważono krople krwi.
Przez dwie albo trzy następne noce w domu panował spokój. Potem zjawisko powróciło i zaczęło dręczyć małe, niedawno odstawione od piersi dziecko, które nie zaznało spokoju przez dwie kolejne noce. Niewidzialna siła nie znosiła światła w pokoju: przenosiła lampy na kominek albo rzucała je pod łóżko. Dziecko tak bardzo przerażał widok zjawy, że przez wiele godzin nie można go było uspokoić. Musiano ponownie odesłać je z pozostałymi dziećmi do innego domu.
O następnej północy coś weszło po schodach, zastukało do drzwi Mompessona, a następnie udało się do służącego i ukazało u stóp jego łóżka. Mężczyzna nie potrafił dokładnie opisać kształtu postaci. Wydawało mu się jednak, że widział wielką figurę o dwojgu czerwonych, błyszczących oczach. Przez pewien czas patrzyły na niego nieruchomo, po czym zniknęły.
Innej nocy, w obecności kilku przyjezdnych, coś mruczało w łóżku dzieci jak kot. Pościel wraz z dziećmi została uniesiona z taką siłą, że sześciu mężczyzn nie mogło jej utrzymać. Zabrano dzieci, zamierzając rozpruć i przeszukać posłanie, lecz gdy tylko położono je w innym łóżku, nowe miejsce zostało zaatakowane jeszcze gwałtowniej niż poprzednie.
Trwało to cztery godziny. Nogi dzieci były uderzane o słupki łóżka tak mocno, że musiały wstać i pozostać na nogach przez resztę nocy. Następnie zawartość nocników wylano do posłań i nasypano do nich popiołu. Do łóżka gospodarza włożono długie żelazne widły, a do łóżka jego matki – nóż zwrócony ostrzem ku górze. Głębokie misy napełniono popiołem, rzeczy rozrzucono, a hałas trwał bez przerwy.
Na początku kwietnia 1663 roku pewnemu przyjezdnemu nocującemu w domu sczerniały wszystkie pieniądze, które miał w kieszeni. Pewnego ranka Mompesson znalazł natomiast swojego konia leżącego na ziemi z tylną nogą zakleszczoną w pysku. Kilku mężczyzn z największym trudem uwolniło zwierzę przy użyciu dźwigni.
Później wydarzyło się jeszcze wiele osobliwych rzeczy, lecz relacja Glanvilla na tym się kończyła. Mompesson napisał mu jedynie, że przez kilka następnych nocy dom nawiedzało siedem albo osiem postaci o ludzkich kształtach. Gdy tylko strzelano z broni palnej, wszystkie razem uciekały do sadu.
W związku z tymi wydarzeniami dobosza postawiono przed sądem przysięgłych w Salisbury. Wcześniej osadzono go za kradzież w więzieniu w Gloucester. Gdy odwiedził go tam człowiek z Wiltshire, więzień zapytał, jakie nowiny przynosi z rodzinnych stron.
– Niczego nie słyszałem – odpowiedział przybysz.
– Czyżbyś nie słyszał o bębnieniu w domu pewnego człowieka z Tedworth? – zapytał dobosz.
– Owszem – odparł tamten.
– To ja go dręczę – powiedział więzień – i nigdy nie zazna spokoju, dopóki nie wynagrodzi mi odebrania bębna.
Po zakończeniu dochodzenia postawiono dobosza przed sądem w Sarum jako czarownika. Duchowny parafii oraz kilku najbardziej poważanych i rozsądnych mieszkańców okolicy, którzy w ciągu kilku lat wielokrotnie byli świadkami wydarzeń, potwierdzili pod przysięgą opisane fakty. Mężczyznę skazano na wygnanie z kraju.
Po umieszczeniu na statku zdołał jednak uciec – nie wiadomo w jaki sposób. Według pogłosek pomogły mu burza i strach marynarzy. Zwracano uwagę, że przez cały okres jego uwięzienia i nieobecności w domu panował spokój, natomiast po uwolnieniu dobosza hałasy natychmiast powróciły. Człowiek ten służył wcześniej w wojsku za czasów Cromwella i często opowiadał o księgach otrzymanych od starca uchodzącego za czarownika.
Sprawa wywołała oczywiście wielkie poruszenie oraz – jak zwykle w podobnych przypadkach – gwałtowne spory. Ludzie znający Mompessona jako człowieka poważnego, spostrzegawczego, rozsądnego, pozbawionego próżności i łatwowierności nie mogli wątpić w jego uczciwość.
Jego świadectwa nie można było łatwo odrzucić. Wszystko działo się w jego bezpośrednim otoczeniu i we własnym domu, nie raz czy dwa, lecz setki razy, przez blisko trzy lata. Przez cały ten czas obserwował wydarzenia z uwagą. Nie było także powodu sądzić, że oszukiwał go któryś ze służących. Tak długo prowadzone oszustwo powinno było w końcu wyjść na jaw.
Nie wystarczało również przypisanie wszystkiego melancholii gospodarza, ponieważ nie sposób było wyjaśnić, jak miałby zarazić swoim stanem całą rodzinę, sąsiadów i przyjezdnych. Założenie, że sam znał prawdę o oszustwie, prowadziło do kolejnych niedorzeczności.
Na całej sprawie ucierpiały jego dobre imię, majątek, interesy i spokój domowy. Dla niewierzących stał się oszustem; inni widzieli w dopuszczeniu tak niezwykłego nieszczęścia karę Bożą za jakąś tajemną zbrodnię albo bezbożność. Jego gospodarstwo ponosiło straty wskutek napływu ludzi ze wszystkich stron, odrywania go od zajęć i zniechęcenia służby. W końcu z trudem znajdował kogokolwiek gotowego pozostać w domu.
Do tego dochodziły nieustanne zamieszanie, przerażające ukazania i udręki, ciągłe przenoszenie dzieci oraz nocne niepokoje. Trudno więc było uwierzyć, że Mompesson przez tak długi czas sam sprowadzał na siebie te cierpienia wyłącznie po to, aby oszukiwać i zwracać na siebie uwagę. Jeszcze mniej zrozumiałe było to, że żaden z licznych krytycznych obserwatorów, którzy przybywali, by zdemaskować podstęp, niczego nie odkrył, choć wszystkim pozwalano swobodnie prowadzić badania. Wielu sceptyków odjeżdżało w milczeniu, przekonanych o czymś przeciwnym, niż początkowo zakładali.
Wiadomość o wydarzeniach w Wiltshire dotarła w końcu na dwór. Król Karol II wysłał kilku ludzi, aby osobiście zbadali sprawę. Noc, którą królewscy wysłannicy spędzili w domu, minęła jednak spokojnie – i dla wielu był to wystarczający dowód, że niczego tam nie było.
Rozumowano jak pewien Hiszpan, który miał stwierdzić, że w Anglii nie istnieje słońce, ponieważ przebywał w tym kraju przez sześć tygodni i ani razu go nie zobaczył. Dworzanie spędzili w domu jedną noc i niczego nie zauważyli, a więc – uznano – nie było tam niczego do zauważenia. Wobec tego wszystkie pozytywne świadectwa, choćby najliczniejsze, musiały zamilknąć.
Brakujące dowody szybko uzupełniła wyobraźnia. Glanvill opublikował relację o zdarzeniach w trzech pierwszych wydaniach swojej książki i początkowo nie spotkał się z zarzutami. Później ze wszystkich stron zaczęły jednak nadchodzić wiadomości, że rzekomo ustalono już prawdę: zarówno Glanvill, jak i Mompesson mieli przyznać, że całość była oszustwem i wymysłem.
Tysiące ludzi przychodziły pytać Glanvilla, czy rzeczywiście złożył takie wyznanie. W jego własnym domu zrobiło się niemal tak hałaśliwie jak wcześniej u Mompessona. Znużony ciągłym odpowiadaniem postanowił przygotować nowe wydanie książki.
Ponieważ praca nad nim trwała, wieść o rzekomym przyznaniu się do oszustwa zaczęto tymczasem traktować jako powszechnie znany i niepodważalny fakt, a nawet powtarzać w innych publikacjach. Glanvill opracował większą część nowego wydania, lecz zmarł w 1680 roku, zanim książka się ukazała.
Wydano ją później. Na początku zamieszczono list Mompessona z 8 listopada 1672 roku. Pisał w nim między innymi:
„Często pytano mnie, czy nie wyznałem Jego Królewskiej Mości albo komukolwiek innemu, że wszystko, co wydarzyło się w moim domu, było oszustwem. Odpowiadałem i w dniu śmierci nie będę mógł odpowiedzieć inaczej: musiałbym sam ogłosić się kłamcą i krzywoprzysięzcą, gdybym uznał za oszustwo sprawę, co do której jestem przekonany, że żadnego oszustwa nie było ani być nie mogło. Ja, miejscowy duchowny i dwóch szanowanych ludzi potwierdziliśmy to pod przysięgą przed sądem. Jeżeli świat również temu nie chce dać wiary, muszę się z tym pogodzić. Proszę jednak Boga, aby w przyszłości uchronił mnie od tego albo podobnego nawiedzenia”.
Później Mompesson uzupełnił relację o okoliczności swego wystąpienia przed sądem w kolejnym liście, skierowanym 8 sierpnia 1674 roku do autora Essay on Miracles. Potem zamilknięto, odłożono sprawę na bok i starano się możliwie szybko o niej zapomnieć. Tak postępowano wówczas z podobnymi wydarzeniami, tak czyniono przez cały filozoficzny wiek XVIII i tak postępuje się jeszcze dzisiaj.
Kontekst historyczny
Historia jest znana jako sprawa „dobosza z Tedworth” – jednego z najczęściej przywoływanych wczesnych opisów zjawisk nazywanych później poltergeistem. Tedworth to dzisiejsze Tidworth w hrabstwie Wiltshire. W centrum relacji znajdowali się właściciel domu John Mompesson i wędrowny dobosz William Drury.
Głównym źródłem opowieści były publikacje angielskiego duchownego i filozofa Josepha Glanvilla. W 1668 roku wydał on A Blow at Modern Sadducism, zawierające relację o domu Mompessona. Rozszerzona wersja znalazła się później w wydanym pośmiertnie dziele Saducismus Triumphatus z 1681 roku. Glanvill uważał wydarzenia za dowód realnego działania duchów. Późniejsi autorzy proponowali jednak także wyjaśnienia naturalne: mistyfikację służby, działalność dzieci albo narastającą wokół rodziny zbiorową sugestię.
Tekst „Magikonu” nie jest zapisem sporządzonym bezpośrednio w 1661 roku, lecz dziewiętnastowiecznym niemieckim opracowaniem relacji Glanvilla. Zachowuje jego tok argumentacji i wyraźnie opowiada się po stronie autentyczności zdarzeń.
źródło: „Spukgeschichten aus England. I. Eine aus alter Zeit” [„Historie nawiedzeń z Anglii. I. Opowieść z dawnych czasów”], Magikon. Archiv für Beobachtungen aus dem Gebiete der Geisterkunde und des magnetischen und magischen Lebens, t. 4, Stuttgart 1850, s. 414–428; skan rocznika. Przekład i opracowanie na podstawie tekstu niemieckiego. W opracowaniu ujednolicono pisownię nazw własnych i objaśniono historyczne źródło relacji. Angielski pierwowzór opowieści można znaleźć w dziele Josepha Glanvilla Saducismus Triumphatus.