W Żywocie Pascala autorstwa H. Reuchlina opisano chorobę, na którą Pascal cierpiał w dzieciństwie, a która najwyraźniej przedstawia się jako dolegliwość demoniczno-magnetyczna. Marguerite Périer, siostrzenica Pascala, relacjonuje tam na stronie 3:
Kiedy mój wuj miał rok, wydarzyło się z nim coś niezwykłego.
Moja babka, mimo młodego wieku, była bardzo pobożna i miłosierna. Opiekowała się wieloma ubogimi rodzinami, którym co miesiąc przekazywała niewielką sumę. Wśród biednych kobiet otrzymujących od niej jałmużnę znajdowała się także pewna niewiasta, którą uważano za czarownicę; wszyscy tak o niej mówili. Moja babka była jednak osobą bardzo rozsądną i nie należała do ludzi łatwowiernych. Śmiała się z ostrzeżeń i nadal udzielała kobiecie wsparcia.
W tym właśnie czasie mały Pascal zaczął cierpieć na wyniszczającą chorobę, którą w Paryżu określano słowami tomber en chartre. Towarzyszyły jej dwa niezwykłe objawy. Po pierwsze, nie mógł zobaczyć wody, nie wpadając przy tym w wielkie wzburzenie. Drugi objaw był jeszcze bardziej zdumiewający: nie potrafił znieść widoku ojca i matki znajdujących się blisko siebie. Każdemu z nich osobno z przyjemnością pozwalał się pieścić, lecz gdy tylko zbliżali się do niego razem, krzyczał i z największą gwałtownością stawiał opór.
Trwało to ponad rok. W tym czasie choroba się nasilała, a chłopiec znalazł się w stanie tak rozpaczliwym, że uważano go za bliskiego śmierci. Wszyscy mówili moim dziadkom, iż z pewnością są to czary rzucone na dziecko przez ową czarownicę — sort qu’elle avait jeté. Oboje drwili jednak z takich przypuszczeń i uważali je za urojenia rodzące się w ludziach na widok nadzwyczajnych zdarzeń. Nie przedsięwzięli więc żadnych środków ostrożności i nadal pozwalali kobiecie swobodnie wchodzić do domu po jałmużnę.
Wreszcie mój dziadek, poirytowany wszystkim, co mu o niej opowiadano, kazał pewnego dnia wprowadzić kobietę do swego gabinetu. Sądził, że sposób, w jaki z nią porozmawia, da mu sposobność położenia kresu całej tej gadaninie. Był jednak bardzo zdumiony, gdy na jego pierwsze słowa odpowiedziała jedynie z wielką skromnością, że to nieprawda, a ludzie mówią tak o niej z zazdrości o otrzymywaną jałmużnę.
Postanowił ją przestraszyć. Udał, iż jest przekonany, że zaczarowała jego dziecko, i zagroził jej szubienicą, jeśli nie wyzna prawdy. Kobieta bardzo się przeraziła, padła przed nim na kolana i zapewniła, że powie wszystko, jeżeli obieca ocalić jej życie.
Mój dziadek, niezwykle tym zaskoczony, zapytał ją, co uczyniła i co ją do tego skłoniło. Powiedziała, że kiedyś prosiła go, aby poprowadził jej proces, lecz odmówił, ponieważ uważał, iż prawo nie stoi po jej stronie. Chcąc się zemścić, zaczarowała jego dziecko, gdyż widziała, jak bardzo je kochał. Przykro jej było to wyznać, lecz urok został rzucony na śmierć.
Mój dziadek zawołał:
— Jak to? A zatem mój syn musi umrzeć?
— Jest jeszcze jeden sposób — odpowiedziała. — Ktoś musi umrzeć za niego; na tę osobę trzeba przenieść czary.
Kiedy dziadek oświadczył, że woli, aby umarł jego syn, niż żeby ktoś inny miał umrzeć za niego, kobieta odparła, że urok można przenieść również na zwierzę. Dziadek zaproponował jej konia, lecz powiedziała, że nie trzeba ponosić tak wielkiego kosztu i wystarczy jej kot. Wyrzuciła więc kota przez okno. Chociaż spadł on z wysokości zaledwie sześciu stóp, zdechł. Kobieta zażądała jeszcze jednego kota, którego mój dziadek również kazał jej dać.
Wielka miłość do dziecka sprawiła, że zapomniał, iż w celu przeniesienia uroku należało ponownie przywołać diabła. Myśl ta przyszła mu do głowy dopiero znacznie później i żałował, że dał do tego sposobność.
Następnego ranka stara kobieta sporządziła okład na podbrzusze chłopca z trzech rodzajów ziół, które zebrało dla niej dziecko niemające jeszcze siedmiu lat. Gdy około południa mój dziadek wrócił z pałacu sprawiedliwości, zastał cały dom pogrążony we łzach. Powiedziano mu, że dziecko nie żyje; rzeczywiście leżało bez życia w kołysce.
Na schodach spotkał starą kobietę i uderzył ją w twarz tak mocno, że spadła ze stopni. Podniosła się jednak i powiedziała, że rano zapomniała uprzedzić, iż dziecko aż do północy będzie wydawało się martwe, lecz później odzyska przytomność. Choć miało wszystkie oznaki śmierci, dziadek nakazał pozostawić je w spokoju. Drwiono z jego łatwowierności, ponieważ zazwyczaj nie wierzył takim ludziom.
Moi dziadkowie pozostali przy dziecku, nie powierzając tego nikomu innemu. Słyszeli, jak wybijała jedna godzina po drugiej, wreszcie także północ, a chłopiec nadal nie dawał żadnego znaku życia. W końcu między północą a pierwszą — bliżej pierwszej — dziecko zaczęło ziewać. Zdumieni podnieśli je i ogrzali. Podano mu wino z cukrem, które przełknęło, a następnie przystawiono je do piersi mamki. Nadal jednak nie dawało żadnych oznak świadomości ani nie otwierało oczu.
Trwało to do szóstej rano. Kiedy zobaczyło razem ojca i matkę, zaczęło — jak dawniej — krzyczeć. Poznano po tym, że nie zostało jeszcze całkowicie uleczone, lecz pocieszano się, iż przynajmniej nie umarło.
Po mniej więcej sześciu albo siedmiu dniach zaczęło znosić widok wody. Gdy pewnego dnia mój dziadek wrócił z uroczystej mszy, zastał je bawiące się w ramionach matki i przelewające wodę z jednej szklanki do drugiej. Chciał się zbliżyć, lecz dziecko nadal nie mogło znieść jego obecności. Zmieniło się to dopiero po kilku dniach, a po trzech tygodniach było już zupełnie zdrowe i odzyskało dawną, zdrową pełnię ciała.
Przypis źródłowy
„Pascal’s dämonisch-magnetisches Leiden” [„Demoniczno-magnetyczne cierpienie Pascala”], „Magikon. Archiv für Beobachtungen aus dem Gebiete der Geisterkunde und des magnetischen und magischen Lebens”, 1842, t. 2, s. 187–190.