Poltergeist z Orton

Poltergeist

W kwietniu 1849 roku mieszkańcy wiejskiego domu Cowper House w Westmorland mieli obserwować gwałtowne ruchy mebli i przedmiotów: kołyska sama się bujała, krzesła „tańczyły”, ubrania poruszały się na hakach, a stół przesunął się na środek pokoju. Według przytoczonej przez „Magikon” relacji zjawiska pojawiały się przede wszystkim w obecności rodziny Williama Gibsona, a szczególnie nasilały się, gdy w domu przebywały dzieci.

Przekład

Historia nawiedzenia z Anglii z czasów najnowszych

W pobliżu miasteczka Orton w Westmorland znajduje się wiejska posiadłość zwana Cowper House. Nie powiedziano nam, czy jest to zwietrzały, mroczny dom średniowieczny, czy też budynek wzniesiony w stylu czasów dobrej królowej Bess. Można jednak przypuszczać, że dom, ogród i staw mają wygląd stary i dostojny.

Poprzednim właścicielem był pan Robert Gibson. O jego życiu i czynach nie wiemy niczego poza tym, że prawdopodobnie był kawalerem, mieszkał bowiem z nim jego bratanek William Gibson, który po śmierci wuja odziedziczył dom i posiadłość. Pewnego dnia starego pana Gibsona znaleziono utopionego w stawie albo rowie znajdującym się poniżej domu.

William Gibson ożenił się cztery lata temu, rok po śmierci wuja, z córką pana Johna Blanda z Bybeck. Wraz z nią urządził się w odziedziczonej posiadłości.

O małżeństwie młodej pary również niczego więcej nie wiemy. Należy jednak przypuszczać, że było szczęśliwe, ponieważ nie wspomina się o żadnych sporach, a z tego związku urodziło się dwoje dzieci — obie dziewczynki. Cowper House zamieszkiwali zatem rodzice, ich dwie córki oraz służąca. Żaden inny człowiek nie sypiał pod tym dachem.

We wtorek 17 kwietnia 1849 roku zaniepokoiła się najpierw okolica, potem miasteczko Orton, a wreszcie całe hrabstwo Westmorland. Tego dnia bowiem w Cowper House rozpoczęło się nawiedzenie.

Nagle usłyszano głośne uderzenia w ściany i drzwi. Rozmaite przedmioty stojące na gzymsach i konsolach zaczęły kolejno spadać na podłogę. To niewytłumaczalne widowisko — a właściwie przedstawienie z udziałem duchów — powtarzało się aż do wieczora, budząc niemałe przerażenie mieszkańców.

Wszystkie poszukiwania prowadzone przez gospodarza, jego żonę i zaufaną służącą okazały się bezskuteczne. Nie udało się znaleźć żadnej naturalnej przyczyny. Pełni niepokoju udali się do łóżek, lecz noc minęła spokojnie.

Rankiem 18 kwietnia obudzili się wypoczęci. Nie myśleli już zbyt wiele o zdarzeniach poprzedniego dnia. Gdyby się nie powtórzyły, łatwo można by je uznać za zwykły przypadek.

Jednak środa znacznie przewyższyła poprzedni wtorek. Około wpół do dwunastej, a więc na pół godziny przed południem, ponownie rozległo się stukanie. Początkowo dochodziło z odległej części domu. Zanim zdążono zwrócić na nie większą uwagę, zjawisko rozpoczęło się w samym salonie.

Dwa dziecięce krzesełka umieszczone w kołysce zaczęły się poruszać. Kołyska, choć nikt jej nie dotykał, przechylała się na prawo i lewo, aż nagle zaczęła kołysać się tak gwałtownie, że oba krzesełka, pieluszki oraz bielizna wyleciały z niej aż pod kratę kominka.

Następnie ruch ogarnął staromodne krzesła. Podnosiły się, obracały i zaczynały „tańczyć”, przemieszczając się z jednego miejsca na drugie z niezrozumiałą szybkością.

Tylko jedno krzesło pozostało spokojnie na swoim miejscu. Kupiono je niedawno na aukcji. Wszystkie pozostałe pochodziły ze spadku po zmarłym wuju.

Stojąca przy drzwiach na podłodze maselnica nagle się przewróciła. W tej samej chwili tłuczek i pokrywa wyskoczyły z niej i wpadły do korytarza prowadzącego łukiem ku drzwiom wejściowym.

Właśnie nadchodziła stamtąd służąca. Z niemałym przerażeniem zobaczyła dobrze znane sprzęty szybujące niczym pocisk aż do drzwi. Uderzyły w nie, po czym odbiły się jak rykoszet i wróciły. Tłuczek oraz pokrywa opadły znowu przy maselnicy, nie doznając żadnego uszkodzenia. Młoda kobieta krzyczała jednak tak, że aż rozdzierało to serce.

Dopiero teraz rozpoczął się prawdziwy sabat czarownic. Stoły wraz ze stojącymi na nich miskami i talerzami unosiły się, chwiały i przewracały. Wszystkie przedmioty wiszące na gwoździach drżały, jak gdyby dostały febry. Obracały się koła, a noże, widelce, garnki, beczki i balie zaczęły się poruszać. Nawet szafy ścienne trzeszczały, jakby chciały oderwać się od muru i wziąć udział w powszechnym tańcu.

Najbardziej osobliwy był widok soli i pieprzu. Wyleciały ze swoich naczyń i wirowały razem w powietrzu jak rój pszczół w promieniach słońca. Pomimo wymieszania drobnych ziarenek podczas opadania wszystko ponownie się rozdzieliło: sól wróciła do solniczki, a pieprz do naczynia na pieprz.

Krążek masła uniósł się i przez pewien czas obiegał stół niczym Księżyc Ziemię. Nagle przykleił się do sufitu i pozostał tam przez chwilę. Potem spadł — szczęśliwie dokładnie na półmisek, na którym wcześniej leżał, tyle że odwrócony na drugą stronę.

Pan Gibson i jego żona byli ludźmi odważnymi, lecz to przekraczało także ich wytrzymałość. Nie potrafili dłużej pozostać w domu. Spakowali kilka rzeczy, starannie zamknęli budynek i wraz ze służącą oraz dziećmi udali się do sąsiada, pana Roberta Bousfielda, aby ochłonąć po przeżytym strachu.

Pan Bousfield był szanowanym człowiekiem w dojrzałym wieku, pozbawionym nadmiernej wyobraźni. W całej okolicy uchodził za osobę, na której można całkowicie polegać. Uspokoił rodzinę i próbował przekonać jej członków, że to, czego doświadczyli, było jedynie wytworem wyobraźni.

Wieczorem, po herbacie, sam odprowadził ich do domu. Ledwie jednak otworzyli drzwi, zapalili światło i usiedli w salonie, nawiedzenie rozpoczęło się ponownie, niemal tak gwałtowne jak za dnia. Tym razem nawet pana Bousfielda przeszył zimny dreszcz. To on pierwszy wybiegł z budynku i nalegał, aby rodzina udała się z nim i spędziła noc w jego domu.

Dom Bousfielda nie był nawiedzony. Noc upłynęła spokojnie. Następnego ranka, w czwartek 19 kwietnia, Gibsonowie powrócili do Cowper House. Początkowo panowała cisza. Rodzina spokojnie zjadła obiad i przyjęła miłego gościa — brata młodej pani Gibson, pana Thomasa Blanda z Bybeck.

Zaledwie jednak zasiedli wspólnie do herbaty, kapelusz gościa, który położył na stole, nagle podskoczył i wpadł do kominka.

Płaszcze i inne części garderoby wiszące na hakach zaczęły się poruszać. Damska suknia wydęła się wraz z falbanami, przybierając kształt stroju podróżnego. Stary płaszcz do konnej jazdy, należący niegdyś do zmarłego — albo niespokojnego — Roberta Gibsona, ogarnęło szczególne wzburzenie. Wyciągał na przemian prawy i lewy rękaw. Ze składziku na poddaszu usłyszano natomiast parę starych butów jeździeckich schodzących po schodach.

Młodemu człowiekowi, który wcześniej żartował z opowieści rodziny, również zrobiło się nieswojo. Wstał blady i oświadczył, że najlepiej będzie, jeśli wszyscy udadzą się z nim do Bybeck i pozostaną tam przez pewien czas.

Tak też uczyniono. Rodzina Gibsonów nadal przebywała w Bybeck, gdy spisywano tę relację w drugim tygodniu maja, ponieważ duchy odebrały jej możliwość korzystania z własnego domu.

Sprawa nie pozostała tajemnicą. Już następnego dnia znało ją całe hrabstwo, które poświęciło jej wielką uwagę. Próbowano dotrzeć do przyczyny wydarzeń, lecz do czasu sporządzenia relacji nikomu się to nie udało.

W sobotę 21 kwietnia grupa młodych ludzi z Orton udała się do Cowper House, aby przeprowadzić badanie. Rodziny nie było jednak z nimi i nie zauważono niczego niezwykłego.

We wtorek 24 kwietnia kilku szanowanych mężczyzn z Orton, należących do najbardziej poważanych mieszkańców okolicy — pan James Elwood, chirurg pan Torbuck, młodszy pan Wilson, pan J. Robertson, pan M. Atkinson oraz pan S. Bland — udało się najpierw do Bybeck. Poprosili, aby Gibsonowie towarzyszyli im w drodze do domu, który zdobył już tak złą sławę.

Rodzina wyraziła zgodę. Członkowie komisji wyruszyli nieco wcześniej, zabierając klucze. Zastali pusty dom w wielkim porządku, a zarazem z układem przedmiotów odpowiadającym opisowi wcześniejszych wydarzeń. Przeszukali każdy zakątek, od piwnicy po kalenicę dachu, ale nie znaleźli ani niczego, co mogło spowodować zakłócenia, ani żadnej innej niezwykłej rzeczy.

Ledwie jednak rodzina weszła do budynku — a wszystkie jej ruchy były uważnie obserwowane — ponownie rozległo się stukanie do różnych drzwi. Coś drapało ściany. Kapelusze drżały na hakach; jeden z nich spadł, a za nim następny. Krzesła zaczęły się trząść.

Nagle wielki stół jadalny, który stał przy ścianie, ruszył i ustawił się na środku salonu. Krótko mówiąc, wśród martwych przedmiotów zapanowały całkowity chaos i samodzielny ruch. Komisja postąpiła tak samo jak wcześniejsi goście i badacze: uznała, że najrozsądniej będzie opuścić nawiedzony dom i odejść wraz z jego prawowitymi mieszkańcami.

Protokół z obserwacji sporządzono już poza budynkiem, zapewne w obawie, że również pozbawione życia pióra mogłyby się usamodzielnić i napisać na papierze coś innego, niż zamierzali ich właściciele.

Tak przedstawiała się sytuacja w chwili sporządzenia relacji. Należy dodać jeszcze jedną obserwację: gdy w domu przebywały dzieci, nawiedzenie przybierało szczególnie gwałtowną postać.

Do tego czasu ustalono z pewnością tylko jedno. Zjawiska rozpoczęły się 17 kwietnia 1849 roku. Dokładnie pięć lat wcześniej, 17 kwietnia 1844 roku, w wodzie znaleziono ciało poprzedniego właściciela, Roberta Gibsona.

Westmoreland Gazette, z której zaczerpnięto relację, nie rozstrzygała, czy przypuszczano, że dawny właściciel utonął wskutek nieszczęśliwego wypadku, sam rzucił się do wody, czy został do niej wepchnięty przez inną osobę. Gazeta kończyła opis tajemniczymi słowami:

„Niektórzy są zdania, że wydarzyło się coś bardzo złego albo że jest to ostrzeżenie przed czymś bardzo złym, co dopiero ma nadejść”.

Będziemy przeglądać angielskie gazety, aby sprawdzić, czy późniejszym komisjom uda się dowiedzieć czegoś więcej. Jeżeli znajdziemy dalsze wyjaśnienia, nie omieszkamy przekazać ich naszym czytelnikom.

Kontekst historyczny

Wydarzenia z 1849 roku są obecnie znane jako przypadek poltergeista z Orton albo nawiedzenie Cooper House. W źródłach występują warianty nazwy „Cowper House” i „Cooper House”. Orton leżało w historycznym hrabstwie Westmorland, a obecnie znajduje się w Kumbrii.

Relacja „Magikonu” została oparta na doniesieniu prasowym przypisanym Westmoreland Gazette. Ma konstrukcję charakterystyczną dla dziewiętnastowiecznych historii o poltergeistach: zjawiska skupiają się wokół jednej rodziny, nasilają w obecności dzieci, ustają pod nieobecność domowników i powracają przy świadkach prowadzących dochodzenie.

Tekst wymienia licznych świadków, nie przedstawia jednak protokołu pozwalającego niezależnie zweryfikować ich obserwacje. Informacja, że podczas pierwszej wizyty badaczy bez rodziny nic się nie wydarzyło, a zjawiska powróciły po jej przybyciu, może być odczytywana zarówno jako element opowieści o „przywiązaniu” poltergeista do określonych osób, jak i argument przemawiający za możliwością mistyfikacji.

źródło: „Eine Spukgeschichte aus England aus neuester Zeit” [„Historia nawiedzenia z Anglii z czasów najnowszych”], Magikon. Archiv für Beobachtungen aus dem Gebiete der Geisterkunde und des magnetischen und magischen Lebens, t. 4, Stuttgart 1850, s. 428–433; skan rocznika. Według redakcji „Magikonu” opis zaczerpnięto z Westmoreland Gazette. Przekład i opracowanie na podstawie tekstu niemieckiego.